Tymczasem zachmurzyło się, wszystko to, na co patrzyliśmy z ławeczki na ganku, przykro sposępniało, ciepły wiatr sczesał grzywy końskie. Rozsiodłaliśmy te konie i puściliśmy wolno, po czym znów usiedliśmy na ganku. Oczywiście piliśmy szimaron, paląc i plotąc o byle czym. Grzeszczeszyn zaczął raptem opowiadać, jak kiedyś koło Matto Grosso spotkał Indianina albinosa, który miał osiemnaście lat i był biały jak owieczka, wszystko: włosy, rzęsy, brwi, a oczy czerwone jak u królika. Na piersiach i nogach był też obrośnięty na biało, kędzierzawo. Wypuszczał strzałę z łuku, kładł na ziemi dwa rozsunięte palce, i między te palce strzała wbijała się w ziemię. Było to przyjemne, białe kłamstwo odcinające się na tle ciemności, jaka opadła w tej chwili na ziemię. Wójcik z nudów zatelefonował do Tereziny, zapytał się Suchodolskiego co słychać, ten mu odpowiedział, że nic i z kolei zapytał, czy się co nie stało. Wójcik zakończył rozmowę powiadomieniem Suchodolskiego, że nic się nie stało. W międzyczasie pobudliwe kobieciątko przygotowało nam gotowaną kurę, jajecznicę na sadle, postawiła na stole butelkę kaszasy i zasiedliśmy do stołu z minami, jakbyśmy właśnie mieli spełniać misję i osiągali cel naszej podróży. Tutaj też po raz nie wiem który, odczułem nieważność wszelkich zamierzeń w tym kraju. W Europie przed pójściem do kawiarni na rozmowę o niczym jest się przejętym; tutaj można by jechać z niefrasobliwym gwizdem wydobywać ojca z niewoli indiańskiej (akurat ci nędzarze zdolni są do tego!) i żadnej atmosfery niepokoju nie odczuwałoby się. To stwarzają: jednostajność pejzażu, dłużąca się podróż i te wszystkie postoje z szimaronami.
Nad niesmacznym, mdłym jadłem snuje się między naszymi głowami ckliwy zaduch kaszasy, obok stołu kręci się pobudzające wyposzczoną wyobraźnię żeńskie paskudztwo; w sumie obżarstwo, pijaństwo i cudzołóstwo zdają się siedzieć na ramieniu każdego z nas niby oswojone ptaki. A za oknami żałobny całun jakiegoś niezdecydowanego huraganu. Pod wpływem denaturatu wyobraźnia zaczyna pracować niechlujnie i jakieś mętne porównania spod ciemnej gwiazdy snują się po głowie. Jakby dla podkreślenia groteskowej uczty usiadł w kącie mąż zdziry i zaczął brząkać na gitarze jakąś melodię kaboklerską pełną nikczemnego smutku. Żeby już wreszcie lunął deszcz! Obok męża usiadła kobieta i zaczęła śpiewać głosem gdzieś z bebechów. Odurzony wódką Grzeszczeszyn począł kiwać się nad stołem. Należało przerwać tę zabawę. Wstałem i powiedziałem:
— Moi panowie, jedźmy! Mamy kapy, w razie deszczu nie zmokniemy!
Wójcik wyraził zgodę, ale Grzeszczeszyn zawołał:
— Nie, panowie! Tak wesoło, posiedźmy jeszcze!
Wójcik i ja wybiegliśmy w duszną i pociemniałą przestrzeń, z uzdami w rękach połapać konie. Pasły się o jakieś paręset metrów od domu. Wróciliśmy z końmi i z dworu krzyknęliśmy na Grzeszczeszyna aby wyniósł siodła i pelegi. Przyniósł je gitarzysta. Zaczęliśmy siodłać. Po niebie przewalały się brudne, opuchłe chmury. Wszedłem do domku, aby zapłacić za obiad i wywołać Grzeszczeszyna. W ciemnym kącie ujrzałem buraczaną plamę sukienki, podszedłem bliżej, rozległ się kobiecy chichot i rozróżniłem Grzeszczeszyna, który był tak zajęty chciwym obmacywaniem kobiety, że kiedy począłem wściekle krzyczeć na niego, aby nieopanowane bydlę jakiej biedy nam tu nie naprowadziło! - mógł przecież wejść mąż — nawet wtedy nie mógł od niej się oderwać, tylko dalej manipulował rozdygotanymi łapami po grzesznym ciałku groteskowej rozpustnicy z tego pustkowia. Szarpnąłem go za ramię:
— Puść pan ją, bo wejdzie ten małpiszon i postrzeli pana!
Podniecony i rozjąkany odpowiedział:
— Idź pan, wyjdź pan jeszcze trochę... zagadaj pan męża... błagam pana!
Nie wiedziałem, czy śmiać się czy drzeć włosy z wściekłości i sprać mordę temu draniowi. Kobietka — rzeczywiście — stała potulna i z miną, że: „no cóż, mam akurat przy sobie... pozwolę”.