Po chwili opamiętał się i rzekł po portugalsku:

— No to wyjdźcie! Wy i tamten chłopak ze wstążką na kapeluszu i trzy kobiety, tylko młode, lepiej sam sobie wybiorę!

Wszedł do szałasu i po chwili wrócił z trzema młodymi, roześmianymi Indiankami. Ustawił grupę na tle szałasu i polecił nam stanąć między nimi. Stanęliśmy. Pstryknął, nastawił powtórnie aparat i biegnąc do Indian, prosił aby go Wójcik zdjął z kolei.

Gotowe. Ale przy płaceniu wszczęła się kłótnia, bo Indianin żądał za dwa zdjęcia, czyli dziesięć milów zamiast pięciu. Pociągnięci kłótnią, mimo woli weszliśmy znów do szałasu i zapaliliśmy. Przy drabinie fircyk stał już z powrotem, kobiety usadowiły się na dawnych miejscach. Wreszcie Grzeszczeszyn zapłacił, klnąc obrzydliwie, wszystko, czego żądali i po raz drugi wyszliśmy z szałasu.

Kilku chłopaków rozbiegło się na nasz widok. Przyszło mi do głowy, że przecież jakeśmy tu przyjechali, z szopy wyjrzało co najmniej czterech Indian, a zastaliśmy tylko trzech i jeden był przecież chory, bez sił. Było to jakieś tajemnicze. Wsiedliśmy na konie. Obejrzałem się.

W progu szopy stał z wdziękiem wygięty elegant i barwił się swymi wstążkami na brudnym tle. Poza nim nie było nikogo. Ostro pognaliśmy konie i po chwili wyjechaliśmy na dawną ścieżkę.

— No, cóż — zagadnął mnie Wójcik. — To nie wigwamy, mokasyny, pióra i tomahawki, co! Niech mi pan wierzy, że gorzej się dzieje niejednokrotnie na przedmieściach wielkich miast Europy.

— Ma pan słuszność — odpowiedziałem z przekonaniem.

Jechaliśmy prędko, pragnąc nadrobić stracony czas. Droga ciągle była nudna aż do bólu. Żadnego życia, same stężałe w upale zarośla, przez całą drogę widzieliśmy zaledwie trzy czy cztery ptaki; i chociaż wiem, że jest ich w tym kraju mnóstwo, ale dziwnie jakoś nie widzę ich na swoim szlaku. Chrapliwie wrzeszczący tukan, który przeleciał nad nami, stał się zdarzeniem, o którym rozprawiałem z Wójcikiem jakieś pół godziny. W ogóle od jednostajności tej drogi aż mdliło. Jeśli zdarzył się zakręt, to byłem pewien że ujrzę tam powtórzenie minionego. Gdybym usnął i obudził się po pewnym czasie, śmiało mógłbym pomyśleć, że spałem na jednym miejscu. Ale wreszcie pejzaż uległ zasadniczej zmianie. Ukazał się solidny most z dachem, zza mostu wyłoniła się pusta przestrzeń z rzadkimi piniorami, ukazał się także jakiś budynek, dość pokaźny, z gankiem, nieco dalej garbiły się dwie niepozorne chałupiny, na trawie pasły się konie i z przestrzeni tej wiało wietrzną samotnią. Zadudniły kopyta na moście (z dachem), po czym wesoło skręciliśmy w lewo po niewielkiej pochyłości i zatrzymaliśmy się przy płocie obiegającym dom z gankiem. Z domu wyszła mała, pulchna kobieta (Grzeszczeszyn od razu wszczepił się w nią spojrzeniem) a za nią równie drobny mężczyzna z gołą głową, czarniawy na twarzy i potulnie uśmiechnięty. Jego żona, ta właśnie pulchna smyrda z erotycznym uśmieszkiem pod zadartym noskiem, zakręciła się koło nas żwawo, powiadomiła, że „kapiton” wyjechał do Candido do Abreu i wróci późnym wieczorem.

Para ta była czymś w rodzaju służby i administracji tego posterunku. „Kapiton” był tu przełożonym i opiekunem Indian. Po to też zbudowano ten dom, gdzie się mieściło biuro z telefonem. Z kobietki emanowała nieprzyzwoita chutliwość, zdawała się tylko oczekiwać okazji, aby się wsunąć pod mężczyznę. Ponieważ fluidy te nie pozostały bez wpływu na nasze zachowanie, więc Wójcik tonem surowego przywódcy polecił jej przyrządzić obiad i powiadomił nas jednocześnie, że ta morena86 długi czas zanim wyszła za mąż, zamieszkiwała dom publiczny niejakiej Stefanii w Kurytybie. Wzmianka ta zdawała się jeszcze bardziej podniecać Grzeszczeszyna. Przechadzał się, znów siadał, oczka mu biegały, słowem zachowywał się niespokojnie.