Odpowiedział, że wszyscy tutaj to jedna rodzina; żona, córki, ojciec i syn. Jeszcze raz ogarnąłem wzrokiem szopę.
Pomieszkanie mają — rzeczywiście — pierwotne. Chociaż w Europie też widziałem jednopokojowe mieszkania zajęte przez dziewięć osób. Tylko ta nędza była tak skondensowana, szara, bez kolorytu i to w kraju, gdzie podobno kwestia głodu nie istnieje. Wspaniałe, pyszne słońce i przebogata przyroda otaczała te zgniłe istnienia. Odczuwałem przekorne wrażenie śmieszności na widok cuchnących strzępów dawnych panów tego kraju. Jeszcze raz zapiał kogut, komiczny melodią sielskości, zdrowia, „życia na łonie przyrody”. Powstaliśmy i uścisnąwszy drewnianą jakby rączkę Indianina, wyszliśmy z szałasu.
Zaraz jednak Grzeszczeszyn zawrócił, wsadził głowę do szałasu i z wewnątrz słyszałem, jak namawiał całe towarzystwo, aby pozwoliło się sfotografować. Indianin odpowiedział, że sfotografowanie jednej osoby kosztuje milreisa. Grzeszczeszyn gwałtownie odwrócił do nas głowę z ożywionymi oczkami:
— Widział pan tych sukinsynów! Po milu chcą za fotografię! Jak to sobie obliczyli? A gówno w maśle, parszywe dzikusy!
— Jak już pan wszczął tę całą historię, to zdejm pan ze dwóch i zapłać te dwa mile.
Głowa Grzeszczeszyna znów zniknęła w szałasie.
— Po pół mila chcecie, to was wszystkich zdejmę!
— Nie, nie — po milu, taka jest cena; obok w toldzie biorą tak samo.
— A to cyganie, ścierwy, indiańska ich mać! — biadał Grzeszczeszyn po polsku. W tymże języku zaprosił ich do fotografii:
— Wyłaźcie! Czarna swołocz, śmierdziuchy, psia wasza mać!