— Hej, compadre! O de casa!85

Z szałasu wyjrzał chłopak indiański, cofnął się, po czym w otworze ukazało się kilka obrzydliwych łbów, jeden wysunął się wraz z resztą ciała i Indianin począł biec w naszą stronę. Chrapliwym bełkotem porozumiał się z Wójcikiem; w tej jękliwej portugalszczyźnie zrozumiałem, że Indianin przypomina sobie Wójcika z poprzedniej jego bytności. Odsunął drąg, zeszliśmy na ziemię i przywiązaliśmy konie do palmy. Mimo powietrza i przestrzeni plac śmierdział, ale kiedy wleźliśmy do szałasu, ujrzałem tak straszliwą, wyprutą z wszelkiej originalności, zwykłą, jadowitą ludzką nędzę, że mimo woli, przez kilka sekund przeszły mi przez głowę dziecięce marzenia o indiańskich awanturach; wszystkie szalone i barwne opowieści nagle poszarzały, a wyobraźnia z owych czasów dostała sromotnie po pysku. Przy ledwie żarzącym się ognisku leżał na uklepanej ziemi trup z przygasłymi oczami; a wyszczerzone zęby brzęczały ohydnym, uporczywym dźwiękiem. Te okropne, bo żywe zwłoki, okryte były wilgotnym łachmanem, obsypanym popiołem, źdźbłami słomy, śmieciem. Indianin, który nas przyprowadził, usiadł w kucki przy popielisku, rozgrzebał kilka tlejących się węgielków, położył trochę drzewa i powiesił nad ogniem obrosły sadzą imbryk. Indianin ten miał twarz w jakimś potwornie zdegenerowanym typie mongolskim; gęste kudły porastające uszy i kark odcinały się od pokrytej kilkunastu włosami twarzy. Przysiedliśmy na niziutkich stołeczkach i z lękiem przyglądając się Indianinowi przyrządzającemu szimaron, skierowałem na chwilę wzrok w głąb szałasu. Była to nad wyraz marna szopa, przez którą słońce kładło pręgi na nierównym klepisku. W kącie, na kupie leżała kukurydza, obok jakieś graty, których przeznaczenia trudno by było mi się domyśleć. Wszystko to pokryte było warstwą pyłu jak w najbardziej nędznej, chłopskiej ruderze. Nieco dalej stała, sięgając pod słomiane poszycie, drabina i koło tej drabiny stał oparty o szczebel dziwaczny, groteskowy elegant. Był to młody Indianin, w słomkowym kapelusiku okolonym czerwoną wstążką. Miał na sobie szare, płócienne portki w granatowe paski, a koszula pod szyją przewiązana była czerwoną kokardką. Był czysty i jakby upozowany. Stał tam już od chwili, kiedyśmy weszli. Zatem stał... i taki... i po co?! — czyżby się gdzieś wybierał? — chyba do lasu, bo w promieniu kilkunastu kilometrów nie było nawet wendy. Wyjąłem z kieszeni pudełko papierosów i poczęstowałem siedzącego przy ogniu Indianina. Wyciągnął papierosa niezgrabnie, pogrubiałymi palcami, zaraz też poruszyły się zwłoki i upiorna rączka także sięgnęła po papierosa. Skierowałem z daleka pudełko w stronę eleganta. Rozwarł wystające szczęki i cichutko zaskuczał. Stał jednak ciągle w miejscu. Podszedłem do niego, wówczas wyciągnął papierosa i trzymając go w palcach czekał, aż mu podam ognia. Zapaliłem zapałkę, puścił kłąb dymu i zarechotał jękliwie. Wróciłem na swoje miejsce i właśnie w tej chwili Indianin wysunął do mnie rękę z nadgniłą kują. Przeszło mi przez głowę: Ha, już wszystko jedno!... i pociągnąłem szimaronu. Był wściekle mocny i świetny, taki, jakiego nie zdarzyło mi się dotychczas pić. Fircyk stał przy drabinie i palił. Był nieznośny w swojej pozycji, chciało go się zestrzelić stamtąd. Trwało grzeczne i jak mi się zdawało, w swoim rodzaju dystyngowane milczenie. Kuja przechodziła z rąk do rąk. Nagle usłyszeliśmy z zewnątrz takie głosy, jak gdyby — choć to się nie zdarza — stado kotek pomiaukiwało. Zaraz też zaczęły wchodzić, jedna po drugiej, Indianki z płachtami pełnymi kukurydzy; płachty te opasywały wąskie ich czoła i ciężar opierał się na plecach. Szybko zsunęły z czół opaski i przykucnęły wzdłuż ściany. Było ich ze sześć; małe jak karlice, a głosy ich do złudzenia przypominały miauczenie. Fircyk stał na swym miejscu i przyglądał im się cielęco ironicznym wzrokiem. Znów wyciągnąłem papierosy i przespacerowałem się wzdłuż kobiet, częstując je. Przyjęły wszystkie, piszcząc.

— Co mu jest? — zapytał Wójcik Indianina przy ognisku, wskazując na leżącego.

Odpowiedział jękliwym bełkotem, że jest to jego ojciec, chory na malarię, który już od trzech tygodni ma co drugi dzień ataki i pewnie wkrótce umrze z wycieńczenia. Chory przygasłymi oczami o żółtych białkach wodził po nas i za każdym jego oddechem mały tumanik popiołu zrywał mu się sprzed nosa.

— A nie możecie iść po lekarstwa do Tereziny? — zapytał Wójcik.

— ...on nie chce brać lekarstw, chce tu umrzeć... biali znów wyganiają ich z terenu, ale oni dalej się nie ruszą.

Z kąta zapiszczała żałośnie niemłoda Indianka:

— Nas już pędzą od samej Kurytyby, dalej nie pójdziemy... w Brazylii jest tyle ziemi gdzie nikt nie mieszka, to dlaczego nas pędzą... powiedzcie białym, że my się stąd nie ruszymy...

Wszyscy patrzyli na nas małpimi, przymrużonymi oczkami. Niesprawiedliwość wobec nich była tak jasna, że nie warto było na ten temat dalej mówić.

— Te kobiety przyszły do was z innych stron? — zapytałem Indianina.