— Tak, to jest taki sztuczny romantyzm; daleko i niewygodnie, przy tym — prawdopodobnie brzydko.
— O, to jest prawdziwy arystokrata, moi panowie — wtrącił Grzeszczeszyn. — Nienawidzi blichtru, przegniła Europa go nudzi, ale jest pobożny i hojny dla kleru.
Rozmowa się urwała. Dość długo widoczne było miejsce pobytu francuskiego arystokraty. Niesmaczna historia. Wystarczyło tam spojrzeć, żeby sobie obrzydzić to antypatyczne miejsce.
— Szkoda, że pan się przedwczoraj żle czuł wieczorem — powiada do mnie Wójcik, nacierając koniem. — Nawet chciałem do pana po zebraniu przyjść, ale Grzeszczeszyn powiedział, że pan taki chory i w ogóle... A ludzie chcieli z panem pogadać, wypytać o Polskę.
— A... tak, rzeczywiście trudno mi było — wie pan...
I jednocześnie patrzę na Grzeszczeszyna. Ale widzę tylko jego skrzywione plecy i zarośnięty karczek chłystka. Siedział półdupkiem na siodle i jechał uporczywie przodem. Musiał się jeszcze wtedy wymknąć, kiedy zasnąłem. Kreatura, psiakrew!
Zgrzany i zły, zmęczony jednostajnością pejzażu, jechałem w milczeniu. Wyjechaliśmy na płaszczyznę porosłą potężnym borem; szeroka ścieżka wiła się między wysoką, wypłowiałą i suchą trawą, a dalej, po obu stronach mroczniały chłodne ściany dżungli. Właśnie mijaliśmy granicę indiańskich terenów, jak mnie powiadomił Wójcik. Trwała tu nieprzyjemna i jakby podejrzana cisza, a nastrój był taki, że gdyby w gąszczu traw świsnęła strzała i utkwiła mi w plecach, usunąłbym się z konia z uczuciem naturalności tego zdarzenia. Na słonecznym pasie, w oddali, pojawił się krępy człowiek w słomkowym kapeluszu. W rękach coś trzymał. Na nasz widok przystanął, jakby się namyślając, ale po chwili począł iść w naszą stronę.
— Bom dia, compadre! — zawołał przyjaźnie Wójcik, skoro Indianin nas mijał. Był niski i krępy, o wielkiej głowie, wąskich oczach i przypłaszczonym nosie. Jego żółtawe, matowe oczy łysnęły ku nam nieufnie. Był bosy, w obcisłych portkach, białych w różowe paski i w brudnej, płóciennej koszuli. W rękach plótł kapelusz ze słomy. Wyglądał jak opalony wieśniak i był diablo nieciekawy. Z pół godziny jechaliśmy kłusa, ale kiedy po lewej stronie pojawiła się płaska przestrzeń odgrodzona od drogi parkanem, porosła skarłowaciałymi krzakami, pełna badyli, z dużym krzyżem tuż przy parkanie, Wójcik zlazł z konia ze słowami:
— Zejdźcie panowie, bo tu jest cmentarz indiański, pójdziemy go obejrzeć.
Uwiązaliśmy konie przy parkanie i weszliśmy przez wąską furtkę na ziemię posępną i spiekłą, z nieruchomymi krzewami, pomiędzy którymi widniały tu i ówdzie małe jamy, szczerzące się zbutwiałem drzewem. Trzeba było ostrożnie iść, żeby nie wpaść w któryś z tych otworów. Wójcik tłumaczył mi, że Indianie chowają zmarłych w kucki, w niegłębokich dołkach; tak, że powinniśmy zobaczyć całe szkielety. Zaczęliśmy myszkować, aż wreszcie napotkaliśmy jamę, przez którą było widać czaszkę i piszczele. Cmentarz ten wyglądał dziko i wstrętnie. Grzeszczeszyn poradził nam, żeby lepiej go opuścić, bo może przechodzić jakiś Indianin, któremu może to się nie podobać. Szybko porobiliśmy zdjęcia i pojechaliśmy dalej. Nic tam ciekawego w gruncie rzeczy nie widziało się i zastanawiałem się, czy warto było schodzić z konia. Droga była ciągle jednakowa. Gdzieś w pobliżu zapiał chrapliwie kogut i Wójcik skierował konia w bok, na wąziutką ścieżkę między trawą. Wjechaliśmy między drzewa i po chwili ukazał się obszerny plac z drągiem łączącym dwa płoty; w głębi placu widać było wielki, szary szałas, przed nim kilka świń, dwa konie i parę kur. Kogut zapiał powtórnie. Zatrzymaliśmy się przy drągu i Wójcik zaklaskał kilkakrotnie, po czym zawołał: