Jędruś wybiegł z kuchni z gębą pełną jadła i pobiegł w głąb podwórza. Potyrała przerwał robotę, przysiedliśmy na progu i paląc, mówiliśmy o Faxinalu.
— Wywiedzcie się... — sączył słówka Potyrała. — Jeżeli tam z tej kolonizacji co będzie, a pewnie gówno będzie, bo bugry83 się zacięły, to może bym ja tam wendę sobie założył. Zawsze mnie najbliżej, znam się na tym, a ten stary Suchodolski Jan, co tu obok ma wendę, to jak zacznie drzeć skórę z chłopów, co przyjadą!... Tyle ich obsłuży, co aby dla siebie.
Z zarośli na końcu podwórza wysunęły się leniwie trzy konie; spojrzały na nas niewesoło i powlokły się do drewnianego żłoba z kukurydzą, którą im wyłuskiwała z paki dziewczynka.
— Dobrze! Zobaczymy, jak tam — powiedział Wójcik.
— Warto by, bo taki wyzyskiwacz weźmie w łapy i dopiero zacznie hulać na nieobeznanym narodzie.
Pożegnaliśmy Potyrałę, zapowiadając, że na wieczór wrócimy. Jędruś zaczął wynosić ze stodoły siodła. Pomógł nam przy siodłaniu. W oczekiwaniu, aż konie dokarmią się po nocnym pastwisku, obeszliśmy podwórze.
Gospodarstwo było obszerne, czyste i solidne. Na każdym kroku widziało się dobrobyt. Za nami lazła dziewczynka i wyjaśniała różne rzeczy. Wrzeszcząc, przeleciały tuż nad naszymi głowami dwie papugi, a po ziemi przebiegła w gwałtownych podskokach, piekląc się, małpka z postrzępionym sznurkiem na szyi.
— To oswojone — wyjaśniła nam dziewczynka... — Małpa nazywa się Kacper, a papugi nijak.
Grzeszczeszyn wcisnął jej w rękę cukierka za te informacje. Przyjęła, ale zawstydziła się dorośle, po kobiecemu, i śmigła do chałupy. Wsiedliśmy na konie, Jędruś otworzył bramę i pokłusowaliśmy w słoneczną, pokrytą przyczajoną czerwienią pyłu drogę. Kręto posuwaliśmy się pod górę. Ukazywały się senne, dalą zamglone doliny, to znów piętrzyły się górskie lasy, zgęszczoną czernią, odcinające się ostro od przejrzystego błękitu nieba. I ciągle oko ocierało się o te dziko obrosłe dale, ziejące upalną tęsknicą, przyzywające, tajemne. W pewnym miejscu, na granatowo zalesionym wzgórzu, daleko, zabieliło się coś kilkoma punkcikami, i wycięta ręką człowieka przestrzeń lśniła się w oddali, niby blizna na zmierzwionej głowie olbrzyma. Tutaj Wójcik opowiedział mi następującą rzecz:
— Tam mieszka pewien Francuz, conde84 la Guiche, człowiek bardzo bogaty i podobno wpływowy we Francji, trochę dziwak, który zakupił na tym odludziu — bo tam nawet trudno się dostać — całą tę górę, pobudował się, sprowadził trochę służby i rządzi niby udzielny książę. Raz do roku wyjeżdża do Francji, ale na krótko, twierdząc, że cywilizacja jest czymś sztucznym, natomiast własną filozofią oddziela od niej kulturę; sprowadza sobie książki, wie wszystko, co się dzieje na świecie, ma u siebie francuskiego kucharza ale mieszka nędznie, rzadko wyjeżdża ze swej pustelni. Jest świetnym strzelcem. Jako kapitan z czasów wielkiej wojny posiada kilka orderów, sam sprawuje sądy. Niedawno zastrzelił jakiegoś kabokla ze swej służby i miał o to wiele nieprzyjemności, ale przecież w Brazylii człowiek bogaty nie jest zbrodniarzem. Tak to sobie życie urządził. Jeżdżą tam do niego różni, nawet podobno jest gościnny, ale niemiły i arbitralny. Od czasu zastrzelenia tego kabokla szykują się tu na niego, ale podobno trudny jest do załapania na muszkę. Na mnie ten widok sprawia wstrętne wrażenie, a na panu?