— Ano, to Wójcik!... A ten drugi? Grzeszczeszyn! U, tegom to dawno nie widział! Pana to nie znam — rzekł do mnie, podając mi dłoń. — Właźcie do środka, to wam baba jeszcze da co jedzenia. Jędruś, konie rozsiodłaj i wypuść je na portrerę, a siodła zanieś do pajora81!
Weszliśmy do czystej i przestronej izby; oświetlała ją duża lampa naftowa, wzdłuż ściany stała ława, w rogu duży stół. Na ścianie wisiały dwie fuzje, na półce kilka rewolwerów.
Z kuchni wyjrzała niemłoda kobieta i dwunastoletnia dziewczynka. Podaliśmy im kolejno dłonie, po czym usiedliśmy przy stole i zapaliliśmy. Przede wszystkim podano nam szimaron. Potyrała, wysoki, chudy chłop z wąsami i dziwnie łagodną twarzą o niebieskich oczach, zapytał nas flegmatycznie skąd i dokąd jedziemy, następnie dowiadywał się o ludzi z Tereziny. Na to wszystko odpowiadał mu Wójcik, aż w końcu, znanym mi już zwyczajem, rozmowa zeszła na tematy społeczne.
Zaczęło się obrabianie na wszystkie boki Suchodolskiego i Janickiego. Do tej rozmowy żywo się wtrącił Grzeszczeszyn i gawęda potoczyła się żwawo, padały jakieś projekty, czasem się lekko przemówili, ale na ogół zajęci byli sobą ogromnie. Zelżało nieco, kiedy gospodyni przyniosła miskę jajecznicy, chleb razowy i talerze. Popijaliśmy surowym mlekiem i po apetycie Wójcika odgadywałem, że jeśli istotnie poszukiwał sensu życia, to właśnie miał go tuż pod nosem. Gadali jeszcze długo, poprzez drzemkę słyszałem rozmaite nazwiska, między którymi czasem pulchnie zadźwięczało nazwisko konsula.
W końcu podnieśliśmy się do spania, wstałem również, zatoczyłem się lekko i powędrowałem przez podwórze do bocznego pokoju, gdzie wskazano mi przyjemne łóżko, świeżo pościelone... Ach, gdzież te niewygody, ach gdzież te niewygody!... Za okienkiem sylwety drzew wrzynały się w granatową górność, gwiazdy po staremu kpiły ze śmierdzącego globu ziemskiego, cisza opadła na powieki i sen łeb zamroczył.
Obudziły mnie jakieś skrzeki za oknem. Słońce waliło tak silnie, że zdawać by się mogło, że to skondensowane, złotopylne światło rozsadzi pokój. Do skrzeków przyłączył się chrapliwy dzwoneczek i w końcu wyjrzałem przez okno. Na ganku dwie papugi i małpka wykrzykiwały na siebie jakieś paskudztwa, sądząc z mimiki i tonu. Wesoły ranek, pogoda na duchu. Wciągam spodnie i buty, wychodzę na podwórze, tutaj stoją Grzeszczeszyn i Wójcik, pierwszy parska w miednicę, drugi wyciera się ręcznikiem, dwa pieski machają ogonami, w kuźni Potyrała majstruje coś przy fuzji, chłopak porusza miech, z chałupy smuży się do nieba świderek dymu. Kury rzuciły się z dziobami na szarą, niemrawą i chorowitą czubatkę, ta wlazła pod deski, napuszona, z wywieszonym językiem. Gwarno i radośnie. Grzeszczeszyn chlusnął poważnym ruchem wodą z miednicy na psy, chwycił koniec wójcikowego ręcznika i począł się wycierać, postękując. Umyłem się, mokry pobiegłem do pokoju po swój ręcznik, zawiązałem krawat i poszedłem na śniadanie. Usiedliśmy we trzech przy stole i zaczęliśmy obmyślać plan dnia. Wójcik rzucił projekt, aby pojechać na Faxinal dos indios de Catanduvas82, gdzie generał Strzemiński zakupił niedawno nowe tereny pod kolonizację.
— Mamy tam piętnaście kilometrów, lekko wrócimy sobie pod wieczór, a zobaczymy, jak tam się sprawy mają, bo podobno Indianie nie chcą się wycofać z terenów i warto będzie trochę z nimi pogadać. Dla pana też będzie miała sens ta wycieczka — zwrócił się do mnie Wójcik. — Dotychczas oglądał pan same nieciekawe dziury, pełne kłótni i nienawiści, a doprawdy, to pan jeszcze nie widział dziewiczego lasu, który może pana nastroić jako tako pozytywnie. No cóż, zgoda?
Mnie ten projekt odpowiadał; Grzeszczeszyn kwaśno wprawdzie, ale zdecydował się też jechać. W ogóle ten Grzeszczeszyn znów jakoś poszarzał, stał się nieinteresujący. Dawniej chociaż kapryśny i arbitralny, nieco impertynencki, był jednak żywy; uosabiał pewną postać. Teraz smutnawy, rzadko coś powie, gorzko się uśmiechnie... Co ci jest, koteczku?! Może ma wyrzuty sumienia w związku z burem, może Wójcik go przesłania? Diabli to wiedzą! Być może, zawali mi jeszcze w dalszej podróży to i owo.
Śniadanie było jak w pensjonacie: biała kawa, miód, chleb i masło. Zjedliśmy tego dużo. Wójcik poszedł do kuźni powiadomić Potyrałę o projekcie i o terminie powrotu, Potyrała się wychylił i krzyknął:
— Jędruś, konie przyprowadź z portrery, daj im milji i siodłaj!