— A szkoda, ma pan myślące spojrzenie.
— Bo też myślę. Tylko w Brazylii przystosowałem się zupełnie do klimatu umysłowego i ograniczyłem znacznie pracę swego umysłu.
Rozmowę naszą przerwał Grzeszczeszyn:
— Panowie tutaj opowiadają sobie takie duperele, a najpierw trzeba lud wyciągnąć z mroków, dać im chleba i wykształcić inteligencję, a dopiero później będzie pora na te kulturalne szmoncesy. Kler, panie, to jest ważna rzecz, co wy gadacie! Ludzie się za bardzo przyzwyczaili do duchowieństwa i te wszelkie nowe myśli szerzą tylko spustoszenia...
Pognałem konia, żeby uniknąć jakiejś straszliwej dyskusji. Urok nocy wkrótce uśmierzył mój niepokój. Z kwadrans gnaliśmy galopem. Daleko zamajaczyło światełko, znikło; następnie coraz dłużej trwało i w końcu zatrzymaliśmy się koło jakiegoś ogrodzenia. Wójcik zaklaskał, w domu pojawiła się jasna dziura i wyszedł z niej człowiek z latarnią.
— Hej, czy to wy, Potyrała? — krzyknął basowo Grzeszczeszyn.
— Ociec w domu, a co wy za jedni?! — odkrzyknął mutujący się głos.
— Powiedz, że Wójcik przyjechał i jeszcze dwóch, a my tu zaczekamy!
— Co macie czekać, zaraz wam portung80 otworzę... No, wjeżdżajta!
Zsiedliśmy z koni i nie przywiązując ich, podeszliśmy do człowieka stojącego w progu.