— Robi się, co można. Jak tam u was kartofle tego roku?
— W Iraty rodzą się najlepsze kartofle — informuje mnie Grzeszczeszyn.
Mariankowski odpowiada, że są tu ważniejsze kwestie niż kartofle i od razu traci w moich oczach razem z tymi swoimi ważnymi kwestiami. Zaczynają ze sobą rozmawiać, wymawiają nazwiska, które mi są nieznane, w końcu już nie słucham nawet tego co mówią. W starym „Światowidzie” widzę gębę znajomego bęcwała, że niby coś tam napisał czy wystawia. Oglądam inne pisma, dużo fotografii z powodzi w Polsce. Znów „Światowid”, na pierwszej stronie fotografia arystokratycznej grupki na balu, bardzo przystojni ludzie, trochę ładnych hrabianek, wszystko jedno, choć i hrabianki, zdrzemnąłbym się z którąś z nich tu, w tym Iraty. Za ścianą nieznana mi żona Mariankowskiego coś pitrasi, skwierczy to, łączy się ze słowami Grzeszczeszyna:. „...a przecież ksiądz Myszka nalał im za kark gorącego łoju”. Podchodzę energicznie do Mariankowskiego i zadaję mu szereg pytań istotnych: ile zarabia, ile dzieci chodzi do szkoły, dlaczego wykłóca się z księdzem Grzywą? Wstaje i tłumaczy mi wszystko szczegółowo. Księdza Grzywę nazywa „Rzymianinem”, bo jest to ksiądz rzymsko-katolicki.
— Wcale się z nim nie wykłócam, tylko nasz chłop na tutejszym gruncie nie jest tak ciemny jak w kraju, i wszelkie księże bujania i wyłudzanie grosza nie może tu mieć miejsca.
Potem mi mówi dużo na ten temat, i rzeczywiście, jeśli to prawda, to ten ksiądz jest niedobry człowiek, nie ma co gadać. Do pokoju wchodzi kobietka z zadartym noskiem i prosi nas do stołu. Ładniutka jest ta żona Mariankowskiego i nic dziwnego, że sobie z nią gawędzi w ciemnościach, o tak wczesnej porze. Jemy różne smaczne historyjki i gdy się przy tym patrzy na tak młodą, przystojną parę, wszystko nabiera zdrowego sensu życiowego, nawet słowa Grzeszczeszyna, że... „ci panowie z Polski przysyłają tu różnych bałaganiarzy, a ja, który wiem coś niecoś, jestem im niewygodny, bo lubię prawdę; ale to się wyklaruje”. Po kolacji znów słowa: spółdzielnia, szkolnictwo. Siedzę z nimi, przyklejają się do mnie te słówka, omal że się nie trzymam stołu, tak mnie ciągnie szerokie łóżko Mariankowskich. Wreszcie, żeby coś powiedzieć, pytam się Grzeszczeszyna, kiedy się nabawił ospy, w jakich warunkach. Rzucam przy tym podłą uwagę, że musiał być kiedyś ładnym chłopcem. Grzeszczeszyn bardzo grzecznie mi odpowiada, że zachorował na ospę na Górnym Śląsku, robił właśnie propagandową „robotę”. Mariankowski patrzy na mnie i zaraz proponuje nam jakiś pokój na górze, tylko go trzeba wpierw uprzątnąć. Z radością myślę, że zaśpię ten nudny, oleisty dzionek mojej podróży po Brazylii. Idziemy na górę, rzeczywiście pokój trzeba uprzątnąć ze śmieci i zakurzonych butelek, tylko potem należy coś w niego wsprzątnąć, bo jest bez łóżek.
— Trzeba poznosić łóżka — powiada Mariankowski.
Tylko oni pracują, znoszą te deski, składają je, stukają młoteczkiem, bo ja otworzyłem okno i zasnąłem na parapecie jak nieopanowany wałkoń, leniuch.
Rano oczekiwałem czegoś poważnego, przypuszczałem, że mnie ugryzła jakaś „specjalna” mucha, kiedy wyjrzałem przez okno albo że kwiaty jakieś mnie odurzyły. Przecież w takim nieznanym kraju czort wie co może człowieka spotkać. Ale Grzeszczeszyn powiedział mi najpierw: „...młody człowieku, pan jest niewytrwały”, potem: „rozespał się pan, trudno się pana było dobudzić, ale to tak pierwszy dzień, później się pan włoży27 do niewygód, nie przejmuj się pan tym”. Wcale nie mam zamiaru się przejmować, gniewa mnie tylko ton Grzeszczeszyna, wodzi oczami po ścianach, jest za wyrozumiały, dobry, pełen pobłażania. Przy tym za oknami jest sina popielatość, znów wyglądam przez okno, mówię do Grzeszczeszyna, że może stary Bukowski miał rację, jest błoto, deszcz. Nie będzie można wyjechać stąd Bóg wie ile czasu.
— Gdzie panu tam deszcz? — mówi Grzeszczeszyn. Ziewa zapinając spodnie.
— Jak to — mówię — nie widzi pan, że pada, spójrz pan na szybę!