— Ale, ładnie jest, zdaje się panu — cedzi Grzeszczeszyn.
Patrzę na niego i widzę, że ma lisią minkę, z paskudnym, niteczkowatym uśmieszkiem. Uprzytamniam sobie, że jestem silny, Grzeszczeszyn sięga mi do ramion i najlepiej będzie, jeśli go od razu trzasnę w gębę. Jest taka sytuacja, że nie ma mowy tu o żartach, po prostu jakaś niesamowitka. Wyraźnie pada, nawet krople spływają po szybie. W tej chwili Grzeszczeszyn mówi:
— Pójdziemy najpierw do księdza Grzywy, potem na miasto, rozpytać się o konie. Nie ma pan czasem agrafki? Bo muszę przypiąć skarpetkę.
Wyciągam agrafkę z worka podróżnego, daję ją tej histerycznej, rozkapryszonej małpie. Zakrywam łóżko kocem, schodzę na dół z myślą o śniadaniu, on idzie też za mną, mruczy coś w rodzaju: „Kurzu w tej szkole, pożal się Boże! Je-je-jej!”
Żonka Mariankowskiego, rozgospodarowana, wesoła kobietka, podaje nam kawę, pyta, jakeśmy spali. Jej furkocząca sukienka rozprasza nalot niedobrej rozmowy z Grzeszczeszynem, tam na górze. Chlipię kawę, staram się nie patrzeć na Grzeszczeszyna, więc siedzę niewygodnie, patrzę w okno, widzę smutne piniory w zadeszczonej, rozpacznej dali. Przez ścianę, ze szkolnej sali słychać monotonny głos Mariankowskiego. Mówi coś o Sobieskim, o Turkach. Wstajemy ciężko od stołu, jak dwóch parobków, naciskamy kapelusze, Mariankowska mówi nam o obiedzie, aby się nie spóźnić. Grzęźniemy w błocie, rozglądam się po tym Iraty. Jednopiętrowe domki po obu stronach szerokiej, niebrukowanej drogi, vendy28 — sklepy ze wszystkim, ziejące mrokiem i stęchłymi zapachami. Drzemiące w słocie Iraty nasuwa wspomnienia z przypadkowych niepotrzebnych podróży i przejazdów przez Rawę Mazowiecką albo Lubartów. Daleko, w szarzyźnie majaczą postacie na koniach. Sylwetki kilku mężczyzn w kapach i szerokich kapeluszach wolno przesuwają się przez drogę, jak widziadła. Wokół cisza, czasem jakieś człapanie. Miasteczko jest przemokłe i zaspane. Grzeszczeszyn wchodzi do wendy, tłumaczy mi, że to wenda bardzo bogatego Polaka, Hessla. Idę za nim, gdzie on tam i ja, trudno, tylko żeby mi tak często nie wyjaśniał różnych rzeczy, przecież nie jestem taki skończony niedojda, o tym Hesslu już mi wczoraj wspominał. I żeby był ścisły, ale w ciągu tej krótkiej podróży przyłapałem go kilkakrotnie na mylnych informacjach, mówi sam z siebie, niepytany — okłamuje mnie. Wita nas tęgi właściciel wendy, prowadzi nas do swojej kancelarii. Zapytuje, dokąd jedziemy takim tonem, jak gdyby miał nam jakąś wizę wystawić. Ale jest to rubaszny, zażywny jegomość, raczej sympatyczny. Siedzimy przy stole, jest tu maszyna do pisania, liczydło, dużo rachunków na drutach, pachnie naftą, mąką. Obaj znów mówią na temat księży, wypowiada się Grzeszczeszyn, Hessel od czasu do czasu wtrąca: „Ha, trudno. Jakoś tam będzie, cierpliwości”. Na mnie patrzy dziwnie, powiedziałbym — porozumiewawczo. Właśnie przechodził jakiś młody człowiek, Hessel zatrzymał go, przedstawił nam jako syna, polecił mu coś tam przynieść, coś do wypicia. Nic nie rozumiem, o czym oni mówią, ciągle słyszę obce mi nazwiska i nazwy miejscowości, słowa takie, jak zrzeszenie nauczycieli, kółka rolnicze, rosy29, hodowla jedwabników. Syn Hessla przynosi wódkę, bułki i masło. Widać, że stary jest z gatunku tych ludzi, którym trudno rozmawiać na sucho. Podsuwa nam kieliszki, mówi: „Aby się nam dobrze działo”, a ja nagle doznaję jakiegoś straszliwego wstrząsu, bo to co wypiłem było nad wyraz niedobre, jakiś cuchnący ogień, znów ta okropna kaszasa30. Poweseleliśmy. Smaruję bułkę masłem, nie wiem dlaczego wstałem i jedząc tę bułkę, przytupnąłem nogą w podłogę. Hessel, gwałtownie jak ulewa, zaczyna się natrząsać z Grzeszczeszyna. Że robi zamęt, obiecuje a nie wykonywa; miał przecież przysłać mu nasiona morwy.
Grzeszczeszyn mówi teraz o koniach. Żeby Hessel wystarał się nam o konie albo o karosę. Hessel obiecuje, że jak tylko będzie coś wiedział, zaraz nas zawiadomi. Nagle tematy się wypaliły, już nie ma o czym mówić, żegnamy się, wychodzimy. Jestem otumaniony wódką, zawsze sobie mówiłem, że rano nie należy pić. Znów doznaję wrażenia niesłychanej, lepkiej od bezsensu bzdury. Przecież ta cała rozmowa to było nic. Ale czego ja właściwie chcę? Ma się zaraz dziać coś wielkiego. Może dlatego, że ja raczyłem tu przyjechać. Dlaczego się ciągle przyczepiam do Grzeszczeszyna? Pragnę z niego na siłę zrobić dziwaczną postać, dominującą potworę w mojej podróży. Moja sprawa, to wszystko po kolei opisać jak należy i nie robić żadnej atmosfery, jakichś tam nastroików. Zwracam się do Grzeszczeszyna, klepię go po ramieniu i mówię:
— No co, kochany panie, mieliśmy pójść do księdza Grzywy? Idziemy, co?
— Zaraz, zaraz — wolnego! Już niech pan mnie zostawi, dokąd mamy pójść, młody człowieku.
Przystanęliśmy na środku drogi. Grzeszczeszyn uchwycił się ręką za brodę i zastanowił się. Przewaliło się nad naszymi głowami kilka ociężałych ptaków i opadły na pobliski dach. Znam już je, wiem, że to są ścierwce brazylijskie: corvy. Są czarne, wielkości kury, uważają je tutaj za spełniające funkcje asenizacyjne. Nie wolno ich zabijać, są traktowane jak u nas bociany. Siedzi ich teraz kilka na dachu, wstrętne, ponure, niechlujne w ruchach. Mają na pół opuszczone skrzydła, poruszają się ociężale. Symbol beznadziejności, nędzy istnienia.
Więc Grzeszczeszyn postanawia pójść do księdza. Zdążamy tam w rozkracznych podskokach, boleśni. Domek księży jest jak uzewnętrzniony pokój panieński. Anemiczny, czyściutki. Wczoraj wieczór nie dostrzegało się tego wyraźnie. Obskoczyły nas czarne, zuchwałe pieski; podskakujące, znaczące nasze ubrania plackami błota. W drzwiach zamajaczył ksiądz czarną, groźną plamą. Wielki mężczyzna z twarzą jak pajda razowego chleba. Nad wypukłymi, brązowymi policzkami tkwiły oczka wypukłe, szkliste, przesłonięte skądś mi znaną mgłą. Zacząłem nerwowo i szybko myśleć, u jakich ludzi widzi się takie oczy. Ale ksiądz machnął przed nami ręką jak łopatą, chwilę przypatrywał się Grzeszczeszynowi, następnie powiedział: „Wejdźcie panowie do środka” i zaraz potem wykrzyknął: