— A pelegi nie ma?
— Jest tylko jedna, będzie pan musiał podłożyć sobie kapę.
— Którego konia mam sobie osiodłać? — zwróciłem się do Dąbskiego.
Wskazał mi kościstą kobyłę i roześmiał się drwiąco:
— Wytrzyma pod panem, a w domu ją się podkarmi!
Było nieco upokarzające jechać na takim szkielecie, ale trudno! Z zazdrością spojrzałem na czerwoną pelegę Grzeszczeszyna. Osiodłałem swoją kobyłę, odszedłem i obejrzałem się; przyglądała mi się badawczo i z lękiem. Przykro. Obok mnie przebiegł Jędruś pędząc ogromną, spasioną świnię.
— A gdzie! Desgrasado91 kapado92! Gdzie gnasz, ścierwo...
Oparłem się o okno kuchni i poprosiłem Potyrałową o rachunek za dwa noclegi i jedzenie. Miała przygotowaną cyfrę dwudziestu milreisów. Zapłaciłem z niechęcią. Nie ze skąpstwa, ale trochę gościnności... coś... tego. Chłopak Dąbskiego siedział oklep na koniu i odpędzał całą tropę od żłobu w stronę bramy. Zapamiętałem, że kiedy pierwszy raz zobaczyłem Dąbskiego, miał trzy konie i jednego bura; teraz pognało przed nami siedem koni i dwa bury, nie licząc tych, na których siedzieliśmy. Obrotny handlowiec, swoją drogą! Na tym krótkim i niezamieszkałym odcinku od Psycha do Potyrały dokupił jednak kilka sztuk.
Jechaliśmy słuchając monotonnych okrzyków małego Dąbskiego:
— O! O! Ooo!... O, o, ooo!