Zwierzęta często przystawały na uboczach, pojadały takuarę, skręcały nagle w las. Trzeba było je znów spędzać na drogę, w czym mimo woli brałem udział.
— O! O! Ooo!...
W końcu jednak jechaliśmy spokojnie, pędząc przed sobą zgodne stado. Było chłodno i zwilgotniała droga nie puszczała kurzu. Najpierw ukazał się jakiś znajomy zakręt, potem widziane jary i kiedy z daleka zabieliły się domki Conde la Guicha, wiedziałem, że to wczorajsza trasa. Nie rozmawialiśmy i jedyne odgłosy to były: „O! O! Ooo!...”, oraz gniewny lecz rzadki okrzyk Dąbskiego. Wjechaliśmy na tereny Indian, ukazał się cmentarz. Było — było... Zapiał kogut, wiadomo — szopa blisko... Jazda dalej... most z dachem, domek kapitoński — porozumiewawcze mrugnięcie Grzeszczeszyna w moją stronę — łączka, piniory, stop! Tutaj Dąbski zarządził odpoczynek. Pozsiadaliśmy z koni. Zdeterminowany, położyłem kapę pod płotem i usiadłem sobie.
— Niech tam pana jararaca nie dziabnie w zadek! — zawołał wesoło Grzeszczeszyn, wchodząc do domku, gdzie zaczerwieniła się sukienka wiadomej istoty.
Nagle uświadomiłem sobie moje męczeństwo. Począłem kląć pod nosem na całego. Już ja się tam więcej nie pokażę! Odgrzewane widoczki, tak! Może i wczorajsza sytuacyjka też się powtórzy, taka a taka mać! Rżał przecież, jak wchodził, a tamta też mignęła. Posępnie patrzyłem w dal. Ten i ów z koni tarzał się, jakiś bur idiotycznie zakwiczał czy zawył... Oto i los mój, nerwowy jestem czy co? Siedziałem tyłem do domku i posłyszałem za plecami energiczne kroki. Ujrzałem pochyloną nad sobą, wąsatą, ognistą twarz. To stał „kapiton” od Indian.
— Dlaczego pan nie wejdzie do środka? — mówił przyjemnie, choć po portugalsku... — Podobno byli tu panowie wczoraj, niestety, nie wiedziałem... proszę bardzo, przekąsimy coś.
Zapraszał tak przekonywującym tonem, że podniosłem się trochę zawstydzony i wlazłem do znanego mi już pokoju. Przy stole poważnie rozmawiali Dąbski i Grzeszczeszyn, kobieta smażyła coś przez ścianę, „kapiton” prosił mnie siadać, usiadłem, rozejrzałem się, po chwili kobieta przyniosła jajka, chleb, butelkę... — a niechże to szlag trafi!... — kaszasy! Postawiła to, ale jakaś zarozumiała, bez cienia wczorajszej wilgotności. Jej mąż siedział pod oknem i zamiast grać na gitarze strugał kawałek drzewa. „Kapiton” był w typie huzara węgierskiego; żywe oko, przystojny! Był bardzo uprzejmy, podsuwał, częstował. Długo wykręcałem się od picia, nakłonił — wypiłem. Brr. Zaczął mi stawiać śmiałe pytania:
— Polacy? Mocni w Paranie? Pracowity naród, umieją przetwarzać?
Potakiwałem. Wizyta ta odbyła się bez pointy, chociaż moje przewrażliwienie oczekiwało, że coś się stanie. Dopiero teraz, kiedy je obcierał, zauważyłem, że Dąbski ma wąsy kasztanowe, kozackie — w dół. Dziw! Te wąsy prosiły się przecież, aby je widzieć. Coś mi jest.
— Até logo, muito obrigado, senhor capitão93.