— Nazywa się ono loco95, oto teraz wiecie?...

Całe towarzystwo zatoczyło się od śmiechu.

— No, nie żartujcie, przecież pytam! — powiedział Grzeszczeszyn już niepewnym głosem, ale zaraz szarpnął konia w bok, bo chłopcy zaczęli zbierać z ziemi pomarańcze. Jedna z nich trafiła Grzeszczeszyna w plecy, mój koń także dostał w brzuch, uskoczył. Dąbski wrzeszczał:

— Co panu padło tu, czy co! Co to było?

Grzeszczeszyn odwrócił poczerwieniałą twarz i syknął:

— Eh, to chamstwo...

— Jak to chamstwo!... Czego pan ludzi rusza od jedzenia i kpiny sobie pan z nich wyprawia... pokazuje pan na drzewko herwowe i pyta pan, jak się nazywa! Co to, sam pan jedzie?

Wtulił głowę w ramiona i jechał. Zrównałem się z nim i krzyczę mu do ucha:

— Pan naprawdę chce oberwać... to miało być coś wesołego, co?!

— Ale panie, ja naprawdę nie poznałem, że to herwowe — rzekł potulnie.