— Pan jest idiota, rozumie pan! — krzyczałem. — Dobrze panu odpowiedzieli. Oto jak się to drzewo nazywa... już niech mi pan tylko tutaj aby nie przesoli!

Puściłem go naprzód. Zdenerwował mnie zdrowo. Doprowadził do wybuchu. Psiakrew! Co to za stwór jakiś dziwny. Po raz nie wiem który postanowiłem go zbić przy jakiejś okazji. Uspokoiliśmy się. W pewnej chwili napotkałem wzrok Dębskiego; pokazał palcem na czoło. Tropa znów zawieruszyła się gdzie nie trzeba i całe to zdarzenie zamazało się. Po jakimś czasie podjechał do mnie Grzeszczeszyn i zaczął bąkać:

— Ja to — wie pan — z ciekawości... myślę, a nuż coś ciekawego, zapiszę, zbieram nazwy do książki o Brazylii... Jestem impulsywny, nie zastanawiam się... to, panie, chamy... myśleli, że z nich kpię... musieli wszyscy wybiegać? Nie wystarczyłby jaki chłopak?... Wszedłbym od razu do chałupy, ale zwyczaj... trzeba wpierw wywołać z domu... Niech pan o tym zapomni... To chamy, panie!

W oczach mu jednak igrał jakiś ironiczny płomyk i ten jego płaczliwy głos też był jakby drwiący. Cóż to za dziwny człowiek jest ten Grzeszczeszyn... a jeśli kiedy wyprowadzi mnie z równowagi... obawiałem się tego... jak postąpi jeśli dam mu pięścią w szczękę? To było niepokojące. Tymczasem uspokoił się i nawet rzucił coś wesołego w stronę Dąbskiego. Po chwili wyjaśnił mi, niepytany, że jedziemy po linii kolonii Palmital. W pewnym miejscu, w dole szarzały zabudowania młyńskie i dzwonił tartak. Uwijali się ludzie, błyszczała rzeczka. Martwota wyraźnie usuwała się z krajobrazu.

— To Polacy — szepnął mi Grzeszczeszyn tonem pocieszenia.

Z drzew wystrzeliła nagle wieżyczka. Dąbski krzyknął wesoło do syna:

— Ganiaj Michałek do chałupy, matka z pyzami czeka!

Droga poszerzała nagle, przemieniła się jakby w trakt, w poprzek którego przebiegał pas domów, malowanych przeważnie wapnem na biało i krytych często czerwoną dachówką. Tam gdzie „ulica” spotykała się z traktem, stał wielki, na wysokich fundamentach dom, z piętnem dzikiej prowincjonalności na obitych blaszanymi reklamami ścianach, z drzemiącymi przy słupach końmi, jucznymi burami, kręcącymi się między nimi ludźmi ubranymi z fantazją, w zawadiacko przewiązanych chustkach na szyjach, z szkikotami, zwisającymi z przegubów rąk, z rewolwerami wystającymi lufami spod marynarek. Zbójecki urok wiał od tej wendy. Ludzie stojący w drzwiach patrzyli na nas ciemnym wzrokiem spod wyszmelcowanych kapeluszy; obawiałem się, że rzucą jakieś ironiczne słówko, że trzeba będzie: „do korda96, panowie!...” A najbardziej niepokoił mnie Grzeszczeszyn, który wyraźnie pokazał im ręką banana i zarechotał rubasznie, na co w odpowiedzi gruchnęła salwa śmiechu ze strony — tak mi wyglądali — bandytów i dały się słyszeć wyrazy:

Que isto, barbaridade! Desgrasado luoco... hehehe! (Co za przeklęty głupiec... blondyn...).

Grzeszczeszyn zdjął kapelusz i zawołał: