Como vae, rapaizes! Bom dia! (Jak się macie chłopcy! Dzień dobry!)

Znów się zaśmiali, któryś odpowiedział: muito bem!97, ale już Dąbski nacierał koniem na Grzeszczeszyna i krzyczał:

— Jedź pan, jedź pan! Znów pan zaczynasz!

Skręciliśmy w ulicę i zaraz naprzeciw wendy, spomiędzy dwóch stojących blisko siebie domów, wybiegła smagła dziewczyna w kusej sukience i otworzyła nam bramę, wołając: „O, tato przyjechali!” Zsiedliśmy z koni. Dąbski zaczął się całować z tęgą kobietą, uścisnął smagłą dziewczynę, przyleciała druga, też ją uścisnął, zaczęły się okrzyki, zapytania, gwar, śmiechy. Chcąc przeczekać powitania, wyszedłem przed bramę i rozejrzałem się po mieście. Domów mogło być z pięćdziesiąt, ciągnęły się wzdłuż szerokiej ulicy, która ginęła za wzniesieniem. Całe to Candido de Abreu ziało brudem i zaniedbaniem, słowem głuchą i nędzną prowincją. Jedynie koło wendy panował pewien ruch, dalej martwota, samotnia. W Polsce spotyka się często takie beznadziejne, żydowskie miasteczka.

Ha! — pomyślałem sobie — miejscowość znów mi się udała, nowy paciorek do mego czarnego różańca. Wróciłem na podwórze. Przywitałem się z rodziną Dąbskiego: z żoną, tęgą, chytrą kobietą o nieufnym wzroku, z chudymi, czarniawymi córkami, które przy podaniu ręki zakrywały sobie usta i ponuro spuszczały oczy, następnie z pięcioletnim chłopakiem na pulchnych, krzywych nogach, który uciekł na mój widok świecąc gołym tyłkiem. Wszystko to zaraz zniknęło w mrokach jednej z chałup, a my trzej i Michałek poczęliśmy zdejmować siodła z koni. Zaraz jednak Dąbski pozostawił tę czynność tylko nam dwóm, bo Michałka posłał po kukurydzę, a sam zaczął spędzać gryzące się, kwiczące i podenerwowane głodem zwierzęta pod słomiany dach na czterech słupach. Podczas tej czynności, wydawał nam polecenia:

— Siodła zanieście do tej chałupy, co po schodkach! A zawróćcie konie, bo idą na portrerę, a jeszcze czas!

Słowem dostaliśmy się w tak zwany z rosyjska — plen98. Zaniosłem swoje siodło i wózek we wskazane miejsce. Było to jakieś ciemne i cuchnące przepierzenie, za którym widziałem obszerną sypialnię z kopiastymi łóżkami, czysto zamiecioną i posypaną piaskiem podłogą. Ale w tej norze stało tylko jakieś wyrko, po kątach walało się nieco sprzętu końskiego i na drewnianych kozłach stała niecka, pokryta wilgotnym, zakrwawionym płótnem. Właśnie ta niecka i rzemienie tak cuchnęły. Schodząc ze schodków postanowiłem zachowywać się niezależnie. Zatrzymałem się na wprost kuchni, pełnej dymu i kłótni. Zajrzałem tam. Chłopak z gołym tyłkiem stał na czworakach na stole, jedna z dziewczyn strugała jakieś korzenie, druga zmywała naczynia. Dąbska coś warzyła, stojąc przy normalnej kuchni z fajerkami, co mnie zdziwiło w porównaniu z dotychczas widzianymi kuchniami. Na mój widok trochę przycichło, powiedziałem parę słów przeproszenia i wycofałem głowę na świeże powietrze. Posłyszałem słowa wypowiedziane znanym polskim tonem:

— Ty flejtuchu, ociec przyjechał, to ci kiecki podedrze i wsypie za to wszystko, coś tu nabroiła!

Przed płotem zebrała się grupa mężczyzn komentując ze śmiechem stado koni i uwijającego się pośród nich, wykrzykującego Dąbskiego. Grzeszczeszyn siedział na siodle, na ziemi i palił. Zaproponowałem mu spacer w głąb podwórza, tam zieleniła się trawa i rosły drzewa. Powstał, powiedział, że tylko zaniesie siodło, zaniósł, wrócił i poszliśmy przed siebie, omijając starannie zady burów. Tutaj było cicho, powiedziałbym, nawet romantycznie. Rosły drzewa pomarańczowe, słała się delikatna trawka, a w trawce złociły się kule pomarańcz. Z daleka dochodziły okrzyki Dąbskiego i kwiczenie burów, a z przeciwnej strony przytłumione, ale charakterystyczne chrząkanie. W tę też stronę poszliśmy. W milczeniu zatrzymaliśmy się przed drewnianym ogrodzeniem okalającym błotny dół, pełen porozwalanych, tucznych świń. Spojrzałem z boku na Grzeszczeszyna. Zdawał się coś rozpamiętywać.

— Pamięta pan, tam... w Baraderei? — spytałem cicho.