Odwrócił twarz do mnie, pokiwał głową i powiedział:

— Tak, to było głupie zdarzenie... A wie pan, ja lubię świnie, zwłaszcza takie tuczne kapady... to jest bogactwo każdej gospodarki, chłopski dobrobyt, a mnie na chłopie zależy.

Przemilczałem w obawie, aby nie rozpętać społecznych zwierzeń Grzeszczeszyna.

— Śmierdzi — powiedziałem po chwili — chodźmy.

— Śmierdzi, śmierdzi, ale potem smakuje — powiedział tkliwie.

Spacerowaliśmy wśród drzew, Grzeszczeszyn był jakiś cichy, zadumany, aż zaczął powoli:

— I oto przemierzyliśmy szmat drogi. Poznał pan osiedla ludzkie, ich obyczaje...

— Nic nie poznałem, to wszystko było nic — przerwałem mu szybko.

— Poznał pan, poznał, nawet pan sam o tym nie wie, a dopiero jak to się w twórczość przyoblecze, to wówczas pan to odczuje... i wspomni pan Grzeszczeszyna... ale nic, to dopiero część znikoma, pierwsza faza. Teraz z kolei czeka pana egzotyzm tego kraju, dżungla, niebezpieczeństwa, niewygody... i tu dopiero wykaże się pański hart, czy pan to wszystko zniesie. Tu jest ostatni cywilizacyjny posterunek, ostatnie skupisko ludzkie, dalej zaczną się ostępy, dzicz... i dlatego jeszcze raz panu powtarzam: niech ja mam posłuch u pana, bo tylko pod moim kierownictwem zbada pan niezbadane głębie zazdrośnie ukrytych przez puszcze tajemnic. Niech pan to sobie zapamięta...

— Ach, będziemy sobie jakoś radzić, drogi panie Grzeszczeszyn, teraz chodźmy do Dąbskich, może dadzą nam co zjeść, zresztą zmierzcha się już... napiłbym się szimaronu.