Zgodził się, poszedł ze mną w stronę kuchni, ale skupiony jakiś, rozmyślający. W mroku słychać było chrupiące kukurydzę stado, nieco wyżej, za płotem, na tle światła w wendzie poruszały się sylwety, słychać było podniecone głosy, śmiechy — kabokle pili. Z kuchni buchnęło gorąco, zapach tłuszczu i podniesiony głos Dąbskiego:

— Będziemy tu gnili na jednym miejscu, maleitą się paśli, a cały naród na angielskie ziemie wali, działki skupuje i wielu chłopa już zarobiło, bo ziemia w górę idzie!... Konie popędzę, trzy razy tyle za nie dostanę, com tu zapłacił, a ty sobie pysk drzesz, że ja tylko za włóczęgą się uganiam i o chałupie nie myślę! A co ja chałupę będę gryzł, kiedy mnie do handlu ciągnie, a com się dorobił to na handlu, na karośnictwie... nie pamiętasz?!

Na to płaczliwy głos Dąbskiej:

— Dużo mi tu przywieziesz... bydło ci w borach poginie, na ziemi cię oszukają, jeszcze mi będziesz dziewczynę w lasy ciągnął, gdzie tyle samego chłopa jedzie... zmarnujesz nas ze szczętem, zmarnujesz, ty włóczykiju cholerny!

— Gadaj sobie, gadaj! — odkrzyknął zachrypniętym i zmęczonym głosem Dąbski.

Weszliśmy nieśmiało do środka i skromnie przysiedliśmy przy oknie, za stołem.

— Kolację lepiej przygotuj, bośmy głodni! — powiedział Dąbski i przysiadł się do nas.

Na stole kopciła lampka naftowa, przykręciłem ją trochę i w mdłym świetle spoglądałem na krzątające się kobiety, jednocześnie prawą nogą usuwając ciężar, który mi się na nią walił. Mimo cholewy, poczułem w łydce jakieś szczypanie i powiedziałem z sykiem:

— Co tam może być pod stołem, pies, czy co u licha!

— Waluś, wyłaź spod stołu! — wrzasnęła jedna z dziewczyn i przypadła do podłogi.