Wyciągnęła spod stołu trzepocącego się Walusia, kującego ją obcęgami po głowie. Wszyscy jakby poweseleli. O ile Dąbski zachowywał się wobec nas swobodnie i nawet traktował nas nieco z góry, o tyle rodzina jego czuła się zażenowana naszą obecnością, zwłaszcza dziewczęta, nie odpowiadały nawet na pytania, tylko chowały głowy w ciemne kąty. W ogóle nie panował tu nastrój szczerej, swobodnej chłopskiej rodziny kolonistów, raczej nieufność granicząca z pokorą. Czuło się jednak byłą służbę folwarczną, bez indywidualności, jaka cechuje gospodarzy. Poza tym było tu niechlujnie, śmierdziało pomyjami. Cała rodzina była brudna, poplamiona i obszarpana. Dąbska postawiła na wilgotnym, pokrytym zadziorami stole, talerze z kawałkami pływającego tłuszczu, smażonego mięsa, blaszaną miskę z cuchnącą karbolem mandioką99 i poplamione rdzą, żelazne łyżki. Jedliśmy we trzech, Dąbski posadził sobie na kolanie Walusia i co chwila wsadzał mu do ust łyżkę z mięsem, czasem zamiast w usta trafiał mu w szyję i całe podgardle dziecka razem z brodą omaszczone było obficie. Trzymałem się jednak dziarsko i jadłem, starając się nie patrzeć na Walusia. Dąbski garścią wytarł usta, poskubał w wąsach i odezwał się do żony:
— Milji na pasokę nagotowałaś?
— A jest w pajorze.
— No to trzeba będzie zarżnąć ze dwa koguty i przygotować do pasoki, żeby wystarczyło jej na całą drogę... Michał, przynieś mi pai100... i worek na pasokę trzeba wyprać, słyszysz!
— A słyszę, przygotuję, zdechnij tam w selwie, żeby cię już więcej moje oczy nie ujrzały, ty bandyckie nasienie... Lepiej złap siekiery i całą rodzinę wymorduj, niż masz ją pomału zamęczyć... pierwej mnie cholera tu na środku izby powali, niż ja powiozę dzieci na tę twoją cholerną Londrynę, ty psie diabelny!
— Oj, zamilcz ścierko jedna, zamknij mówię ci mordę, bo jak złapię jakiego drąga i gnaty połamię... ty żmijo, kto tu rządzi! Tylko mi moich zamiarów nie bechtaj... mówię ci!
Nie powiem, aby ta budująca rozmowa pomagała trawieniu. Było mi mdło. Dąbska zaczęła szlochać przy kuchni, Michał przyniósł paję, Dąbski krzyknął:
— Coś przyniósł, złodzieju! Zgniłą paję przyniosłeś, jak ja to będę palił!
I trzepnął chłopaka w głowę aż mu kapelusik spadł. Michałek zawył i śmignął z chałupy na dwór. Jak na powrót po kilkutygodniowej nieobecności ojca rodziny, pierwsze chwile spędzone w jej gronie wydały mi się dość osobliwe. Grzeszczeszyn pochylił mi się do ucha i szepnął:
— Widzisz pan, to nie jest byle co, to pionierska kłótnia, Dąbski jest typem zdobywcy, posuwa się naprzód i te kłótnie są charakterystyczne dla pionierów kolonizacji. Tak, mówię panu.