Trudno było szeptem dyskutować, więc nic nie odpowiedziałem, tylko jeszcze zwróciłem się do Dąbskiego, nie licząc się z jego gniewem:

— Wie pan, po tej całej podróży warto by się już położyć... czy mógłby mi pan wskazać, gdzie będę spał?

Wrzasnął znad palców skręcających papierosa:

— Słuchaj no, każ pościelić gościom, spać chcą!

— Jeden może spać tu, w kuchni, a drugi w komorze, Julka, pościel no w komorze!

Porozumiałem się z Grzeszczeszynem. On woli w kuchni! Wygramoliłem się więc zza stołu, powiedziałem dobranoc, na co mi nikt nie odpowiedział i wyszedłem na dwór. Chłodny podmuch podkreślił zaduch, jaki panował w kuchni. Przez otwarte drzwi nad schodkami widziałem krzątającą się przy świecy Julcię. Myśl, że będę musiał spać obok krwistej niecki i pośród uprzęży nie wydała mi się przyjemną, ale wolałem to niż kuchnię. Kuchni tej nie lubiłem. Z podwórka dochodziły szmery pasących się koni, czasem zadudnił krótki galop, w wendzie śpiewali, ktoś wołał wódki, ale wokół wszystko spało pod zagwieżdżonym niebem. Julcia wyszła i wskazała ręką na komorę. Wlazłem tam, wyrko było jako tako posłane, rozebrałem się przy świecy, zgasiłem ją i wyciągnąłem się jak długi. Przez szpary dachu widziałem gwiazdy, w uprzęży coś szurnęło, kura gdaknęła pod podłogą. Spojrzałem w bok, tutaj też były szpary, widziałem fragment kuchni; kłócili się tam, ale już po cichu, z popłakiwaniem, z przerwami. Całe szczęście, że noc jest ciepła — pomyślałem, ale na wszelki wypadek otuliłem się kocem i kapą, po czym usnąłem po dźwięcznym: „Ty cholerniku”...

Obudziłem się w wesołych smugach słońca przeciekającego przez szpary mego schronu, z dołu dochodził gwar, okrzyki, ale cały ten ranek wioskowy ukazywał nędzę mojej sypialni. Leżałem na jakiejś pryczy, na podłodze było pełno piasku i śmiecia, nad niecką brzęczały eskadry much. Słowem — dno. Odwróciłem się twarzą do ściany i obserwowałem życie kuchni. Na środku przeciągał się Grzeszczeszyn i mówił do kogoś niewidzialnego. Rankami, po śnie, człowiek ten wyglądał jak szmata, którą należało wyprać. Bose dziewczyny w kusych sukienkach co chwila wychodziły lub wchodziły do kuchni, niosły jakieś wiadra, miski, słowem utrzymywały kontakt między podwórzem a kuchnią. Na progu przysiadł sympatyczny żółty kundel, został kopnięty nogą Julki, odszedł, wrócił i znów rozwalił się jak długi pod progiem. Podeszła do niego kura z wyciągniętą szyją, dziobnęła go w ucho, warknął, odeszła oburzona, gdacząca. Tyle zaobserwowałem i postanowiłem wstać. Ponieważ zanosiło się na życie domowe, więc zamiast butów z cholewami włożyłem gumowe pantofle i zamiast koszuli piżamę, z góry obawiając się zwrócenia uwagi na siebie. Wyszedłem na schodki, rozejrzałem się: jasno, letnio... Poprosiłem Julkę o wodę do mycia, wskazała mi pod ścianą wiadro i miskę. Po toalecie wszedłem do kuchni, powiedziałem „dzień dobry”, Dąbska odpowiedziała to samo, ale tonem zagniewania, natomiast Grzeszczeszyn:

— No, i jakie było śpiu? Bo moje dobre!

Jakiś żargon: śpiu!

— Chodź się pan trochę przejść, ładnie jest dzisiaj.