— A może nie chodzić do tego gościa... po co znajomości robić, i tak stąd wyjedziemy, co?
— Dlaczego... trzeba ludzi poznawać, psychologię emigrantów. Ten Brzeziński to były nauczyciel z Kurytyby, a teraz jest tutaj fiskalem! Zawsze Polak na urzędzie, chodź pan, pogadamy!
Za krzakami ukazał się drewniany, przygarbiony domek w rodzaju willi letniskowej. Weszliśmy w śmierdzący kocim łajnem, ciemny i wilgotny korytarzyk, potarłem zapałkę w poszukiwaniu drzwi. Dostojewsko tu było bardzo i niezgodnie z atmosferą zewnętrznego świata. W końcu drzwi otworzono, w progu stanął smukły, zgrabny blondynek, z wąsikiem — paniczyk, szlachetka. Zaprosił metalowym głosem do środka, chłodno rad, grzeczniusi. Między zwałami książek i papierów, obok kubka z łyżeczką i talerza z resztkami jakiejś kaszy, stały dwie świece i w ich posępnym blasku zauważyłem, że blondynek ma niebieskie, wielkie i śliczne oczy. Wyrażam się o nim ironicznie, ale jako krępy brunet fizycznie wprost nie znoszę takich udanych ludzi, którzy już z tytułu swojej urody odnoszą się do bliźniego bardzo z góry, choćbyś ich nawet miał ochotę ratować z wilczego dołu. Był to typ skończenie endekoidalny. Zapytał, kto i co, po czym prosił siadać. Siedział sztywno, badawczy, z chmurą na czole. Wydawało mi się, że na dworze jest śnieżyca, bruk, dorożki. Rozmowa była dość sztuczna, a kiedy niezręcznie zapytałem go, czy w tej dziurze nie tęskni mu się za krajem, odpowiedział z nagłym ożywieniem i mniej sztywnie:
— O, panie! Równie dobrze mógłbym tęsknić za całym światem... obcy mi jest ten kraj... obcy mi jest jego ustrój... wcale nie czuję się Polakiem... Jestem Brazylianinem... wstydzę się swego pochodzenia!
— A dlaczegóż to wstydzi się pan tego? — zapytałem gniewnie.
— To wstrętny naród, mój panie... ohydny... cysterna wad...
— Mógłby pan jednak nie angażować mnie, choćby z tytułu mojej wizyty, w swoje sympatie... należało po prostu powiedzieć: „Nie, za krajem nie tęsknię!”.
— Oh, on tęskni, drodzy panowie, tylko on się tego wstydzi... tylko, że my wszyscy za inną Polską tęsknimy... panowie, przestańmy o tym mówić!
To mówił człowiek w sutannie, który wyszedł nagle z drugiego, ciemnego, pokoju. Był ładny, gładki blondyn, uczesany na jeża, z rumieńcami na policzkach, z orlim noskiem, słowem typowy młody ksiądz. Brzeziński powiedział:
— Pozwolą panowie, ksiądz Kiełta.