— Coś pan nagle zrobił się taki chojrak! Jeszcze się zobaczy! Jeszcze się zobaczy!

Grzeszczeszyn przegrał tę partię i chwilę patrzył na mnie niedobrym wzrokiem:

— Po tym obiedzie, psia kość, człowiek taki ociężały!

Rozpoczęliśmy jeszcze raz. Przejrzałem jego system w tej idiotycznej grze i z zadowoleniem zasuwałem mu jedną partię po drugiej. Wewnątrz musiał przeżywać piekło, policzki mu płonęły, robił głupie ruchy. Na domiar wszedł Dąbski trochę odpocząć, napić się szimaronu i zawołał od progu:

— O, to ja nie wiedziałem, że pan Grzeszczeszyn taki macher od damki... ile pan zapchnął temu panu?

Niestety, właśnie sytuacja była taka, że ja miałem dwie damki a Grzeszczeszyn cztery pionki na linii tych damek. Napiliśmy się szimaronu, Grzeszczeszyn przegrał jeszcze raz w obecności Dębskiego, który wstał i powiedział:

— A, to tak... no to z panem zagram wieczorem.

I wyszedł. Zaproponowałem, żeby przerwać i pójść się trochę przejść. Grzeszczeszyn wstał, uśmiechnął się mdło i boleśnie, ja poszedłem naciągnąć buty, przyczesałem się trochę i wyszliśmy na ulicę.

— Idźcie odwiedzić Brzezińskiego, on mieszka koło kościoła, zapytajcie się, to wam pokażą! — krzyknął za nami Dąbski.

Zaproponowałem Grzeszczeszynowi żeby wstąpić do wendy i napić się piwa. Na miasto opadł zmierzch i chłód, słychać było czyste odgłosy z daleka, krzyki dzieci, dźwięk gitary i smutny śpiew. W wendzie stało kilku interesantów; kaboklo oglądał fojsę103, naciskał ostrze paznokciem aż dźwięczała. Dwóch piło w kącie piwo i półgłosem rozprawiali. Wenda pachniała charakterystycznym zapachem wszystkiego, za ladą, koło drzwi stał winchester, kręcił się tam także wysoki, opalony blondyn, Niemiec, z którym sobie uciąłem pogawędkę na temat tego miasta, popijając piwo. Przy pożegnaniu podaliśmy sobie nawet dłonie. Poszliśmy ulicą pod górę, w stronę kościoła. Minęliśmy spacerowiczów, może z dziesięciu mężczyzn, palących i rozprawiających głośno. Kilku z nich miało na sobie kurtki piżam, które dziwnie nie licowały z dolną częścią stroju, z szerokimi spodniami, wpuszczonymi w cholewy butów z ostrogami, z solidnymi, skórzanymi pasami na brzuchach. Usunęliśmy się pod płot, bo właśnie z góry nadjeżdżał galopem, na koniu, jeździec w wielkim kapeluszu; czarnooki, powieściowy. Skończyła się pochyłość i ujrzeliśmy samotny, drewniany, na niebiesko malowany kościół, wokół porastała trawka, stało kilka budynków, coś pomiędzy chałupą a szałasem, a dalej w półkołu mazały się zarośla. Widok był smutnawy i gdyby nie mrok, wyglądałby jeszcze smutniej. Przechodził jakiś nucący kaboklo z fojsą na ramieniu, zapytaliśmy go gdzie mieszka Brzeziński. Wskazał palcem na najbliższe krzaki i poszedł.