— Czy bicie obowiązkowe, czy też fuchy bierzemy — przerwał nagle.
— Bicie obowiązkowe, bij pan.
— A w tył wolno bić?
— Nie, tylko naprzód!
— No, bo z panem to nie wiadomo.
Wygrał pierwszą partię i zostawił mnie z dwoma zamkniętymi kamieniami. Nie pysznił się zwycięstwem, tylko fiuknął obojętnie, z przekonaniem o mojej nieudolności we wszelkich kombinacjach. Drugą partię też przegrałem. Rozstawialiśmy kamienie w milczeniu. A wokół było upalne południe, Dąbski ze swymi kombinacjami, z pionierstwem... był ruch, krzątanina, żywy inwentarz... solenie zabitej świni... brud był i kurz, i smród, i czekanie... i Brazylia była. Przyszedł Dąbski, zgrzany, głodny, gotowy do kłótni i zawołał:
— Obiad, prędzej!...
Przyglądał się grze, radził, nabrał szacunku do Grzeszczeszyna, obiecał wieczorem z nim zagrać. Podano obiad: karbol-mandiokę, kawałki mięsa w polewce tłuszczu, zimne mleko w dzbanku; komu mdło, może dostać kawy. Łaziły po nas lepkie, leniwe, nielękliwe muchy, w ogóle lepko było. W ręce kąsały małe muszki, miniaturowe oski, borasiudy, ręce puchły, wściekle swędziały. Wszystko to w towarzystwie duchoty, skwaru kuchennego. Przykrości te opadły na nas nagle, w to południe, aniśmy się spostrzegli. Na stół znów wysunęły się warcaby, Dąbski pokibicował, ale żona wygnała go do roboty, znów się przemówili. Grać trzeba było, to był ratunek przed rzeczywistością. Zacząłem kombinować. Grzeszczeszyn pochylony nad szachownicą czochrał palcami włosy, łupież się sypał na szachownicę, zdmuchiwałem go.
— Psiakość, zaraz... zaraz... jakby panu tę damkę... ale łupieżu się nabawiłem...
Krople potu wystąpiły mu na czoło: