Cała komunikacja publiczna odbywała się pomiędzy tymi państwami-resortami. Wszystkie te moto-taxi, polegające na tym, że pasażer siedzi na drugiego na motocyklu, amerykańskie i japońskie auta, od trupów po wypasione pick-upy. I wszystko to, co pomiędzy, a co nie jest zazwyczaj brane pod uwagę przy opisywaniu ciągów komunikacyjnych w tropikalnych krajach, czyli pomarańczowy, całkiem uroczy kurz, swąd benzyny, drżące powietrze, ryk i szum, próby rozpędzenia się, co w drogowym chaosie nie jest zbyt proste, i jakiś nieokreślony niepokój, który nad tym wszystkim wisiał, ale nigdy nie wiedziałem, czy jest to niepokój odczuwany wyłącznie przeze mnie z powodu jakichś psychologicznych niedomagań, czy inni też są w stanie go odczuć.

Poza ciągami komunikacyjnymi w strefach poza murami istniała również Dominikana właściwa. Czyli dość chaotyczna sieć uliczek, im biedniejszych, tym węższych, a im węższych, tym bardziej chaotycznych. Od bogatych willi po faweloidy kryte blachą falistą, małe domki, przed którymi smażono banany, kiełbasę, ryby i kurczaki, które wyglądały jak schowki na motocykle.

Busiki zatrzymywały się przy bramach tych ogrodzonych murami resortów jak przed murami zamków i pasażerowie wysiadali przy odpowiednich krainach: Niemcy pod państewkiem o nazwie kojarzącej się z miłym wypoczynkiem i ukojeniem przy szumie morza i palm, Rosjanie — pod czymś, co w nazwie miało wesoły plusk i udar słoneczny. Czesi chcieli wysiąść tam, gdzie Niemcy, ale z jakiegoś powodu przegapili przystanek i musieli czekać, aż kierowca zrobi kolejne okrążenie.

My nie wysiedliśmy przy żadnym resorcie. Nasz zamek był malutki, zamczątko właściwie: kilkadziesiąt pokojów w trybie „euroremont w byłym ZSRR”, bez własnej plaży, ale za to niedaleko od publicznej. Trzeba było tylko przebiec betonowe pieklątko, po którym darły auta, nie skręcić sobie karku, przechodząc po błotnistej ścieżynce za budami z pamiątkami dla takich frajerów, jak my wszyscy — i już. Oczywiście, zakładając, że człowiek o zdrowych zmysłach miałby ochotę chodzić na plażę w tym potwornym klimacie, gdzie od słońca dostaje się gorączki. W każdym razie ja nie zamierzałem i na plażę planowałem chodzić wyłącznie w nocy.

Najważniejsze, w każdym razie, w naszym hotelu było: basen z ulokowanym obok niego barem krytym, tradycyjnie, w karaibsko-turystycznym stylu, strzechą. A za barem stał facet o smutnej twarzy, dziewczyna o twarzy wesołej albo rozkombinowany chłopaczek o raperskiej fryzurze. Chłopaczek mieszkał w fawelowatej okolicy zaraz za naszym hotelem. Była to piaszczysta uliczka, przy której stały budy kryte blachą i przed które powystawiano uliczne grille i plastikowe krzesła. Pod niedalekim bankiem siedział ochroniarz w siwym mundurze z shotgunem na kolanach. Takim, z jakich na filmach najlepiej rozjebać głowę zombie.

*

Na plażę nieliczni poza sezonem mieszkańcy naszego hotelu wychodzili dość wcześnie. Plaża publiczna chyba jednak nie bardzo im się podobała, bowiem szybko weszli w układy z ochroniarzami plaż prywatnych, którzy za kasę opychali na lewo kolorowe opaski na ręce uprawniające do opalania się na leżakach i terytorium hotelu takiego czy innego. I wieczorami przy barze naszego basenu pojawiali się wczasowicze obrandowani znakiem przynależności do pastwisk za murami: niebieskimi, zielonymi, żółtymi i czerwonymi bransoletami z czegoś w rodzaju ceraty, których teoretycznie nie dało się zdjąć z nadgarstka bez rozcinania.

W dzień przy basenie, pod strzechą przesiadywał jowialny i samotny Anglik Jack. Wyglądał na emerytowanego urzędnika, choć w gruncie rzeczy mógł być byłym wojskowym. Próbował rozmawiać z każdym, ale mało kto, włącznie z barmanami, miał ochotę rozmawiać z Anglikiem Jackiem, który był miły, ale dość nużący i dość po angielsku wyższościowy. Siedział więc przy barze przykrytym szklaną taflą, jadł orzeszki i zamawiał kolejne dżiny z tonikiem.

Rozumiałem go, bo cień pod barem był jedynym miejscem poza własnym pokojem, które miało sens w czasie, gdy ta żółta, wściekła kurwa zalewała cały świat samą sobą, niby wrzącym olejem. Też tam więc siedziałem, czytając książki na czytniku i odpowiadając Anglikowi Jackowi półsłówkami na jego pierdolenie o Europie Wschodniej, na której znał się, jak mówił, jak nikt na świecie, bo kiedyś był z byłą żoną i byłą rodziną camperem w Chorwacji i zawadził o Vukovar, i sam, na własne oczy, widział tam ślady po kulach. I wie, do czego może doprowadzić nieodpowiedzialna polityka.

Czasem pojawiał się trzydziestokilkuletni, nieco jakby kotowaty Rosjanin Misza, który, powróciwszy z plaży, na którą był zaciągany przez swoją żonę, wyglądał zawsze tak, jakby wyjęto go właśnie z wrzątku. I tylko on pił z Anglikiem Jackiem, opowiadając mu o Władimirze Putinie i o tym, że Rosja wstaje z kolan i że tylko zachodnia propaganda każe wszystkim widzieć w tym coś diabolicznego. Anglik był łatwą zdobyczą: wszystkie teorie, które roztaczał przed nim Misza, budziły w nim przekonanie, że uczestniczy w czymś ukrytym przed oczami świata, czymś, co tylko wtajemniczeni i ci, którzy są, jak to się mówi, otwarci na nieszablonowe, wymykające się kalkom myślenie, mogą poznać. Gdy już się nawalili i gdy kotowaty Misza naprzekonywał Jacka wystarczająco, że świat wygląda dokładnie odwrotnie, niż Jack do tej pory myślał, że wygląda, a Jack się z tym skwapliwie zgodził, ładowali się do basenu, w którym kontynuowali odkrywanie świata. I z którego wychodzili wtedy wszyscy inni, ewidentnie bojąc się, że Misza i Jack będą do basenu sikać.