Wieczorami ogólnie rzeczywistość zaczynała mieć sens. Wtedy wychodziliśmy na plażę. Otwierałem piwo presidente, siadałem na piasku, zapalałem papierosa i patrzyłem na wschód, zupełnie nie mając ochoty na geopolityczne przemyślenia. Byłem w amerykańskiej strefie cywilizacyjnej, co było widać po samochodach, typie rejestracji, sposobie ogarniania ulic, domów, znaków i tak dalej, i nie miałem ochoty na Europę. Ale siedzenie na plaży i gapienie się w przestrzeń, szczerze mówiąc, ogólnie jest nudne, noc czy dzień, a piasek włazi w szczeliny czytnika e-booków, więc długo tam nie chciało mi się siedzieć i patrzeć, jak przy blasku księżyca moszczą sobie na plażach miejsce romantyczne parki, wpatrując się w korony palm zawieszone nad spokojnego oceanu taflą.
Jebać taflę.
Poszedłem do tego faweloidu. Była noc i w tej ciemności pomarańczowo było od żarówek wkręconych jako latarnie przed domami i światła padającego z okien pustaczanych chałupinek. Usiadłem na krześle przed czymś, co wyglądało na sklep albo restaurację, w każdym razie — w drzwiach ustawiono grill, na którym smażyły się banany z kiełbasą, a obok wystawiono kilka butelek piwa presidente. Kobieta — młoda dziewczyna w chustce na głowie i o oczach tak zmęczonych, że wyglądała na sto lat, zapytała, czy wiem, że to nie jest miejsce dla turystów. I że dalej są lepsze restauracje. Powiedziałem, że wiem, i poprosiłem o piwo i kiełbasę. Rozmawialiśmy. Ja hiszpańskim łamanym na angielsko, ona też. Po uliczce chodzili ludzie, przystawali, dodawali po dwa-trzy zdania. Niektórzy brali piwo i przysiadali się. To miejsce, mówili, było względnie nowe. Ten faweloid, w którym siedzieliśmy. Wcześniej mało kto tu mieszkał, choć mogło się to wydawać dziwne, bo przecież piękne plaże i w ogóle, ale kogo tu, kurwa, obchodzą piękne plaże, mówiła. Większość tych, którzy tu siedzą, ona też, przeniosło się tutaj, żeby pracować przy turystach. Raz przy kozach, mówiła, raz przy turystach, nie ma problemu. Ci, co pracują w hotelach właśnie tu, mówiła, wracają na noc.
I zaczęli wracać, faktycznie. Upijałem się powoli, bo się okazało, że jest też rum, i po jakimś czasie zaludniało się: przychodzili ci od nas, zarabiający stosunkowo najgorzej, bo nasz hotel był raczej tani i chyba nie uchodził za zbyt dobry, ci od plusku fal, od żaru słońca, spod różnych flag, i tak dalej. Wyjęli gandzię i zaczęli kręcić dżointy. Kupiłem kilka gramów od jednego z kolesiów i wróciłem na plażę. Skręciłem i paliłem, patrząc na parki, których gniazdka uwite w piasku wydawały się coraz głębsze. Księżyc wydawał się coraz większy.
— Hola, amigo — powiedział Pedro, gdy stanął przede mną. — A chcesz może trochę koksu?
Pedro był kolegą tego, od którego kupowałem gandzię i od początku źle mu z oczu patrzyło. Wyglądał jak zawodowy morderca, ale bardziej taki ze sztyletem niż z siekierą. Kobiece miał oczy jakieś takie poza tym. Przerażająco to wyglądało.
Byłem już spalony w kaszkę, więc musiałem wyglądać na nieprzekonanego, choć, oczywiście, nie miałem nic przeciwko kupieniu kokainy.
— Dla ciebie zrobię specjalną cenę — ściemniał bezczelnie Pedro. — Bo tam z nami siedziałeś, to jesteś trochę swój. Masz, spróbuj.
Wyjął z kieszeni worek, ale nie woreczek, tylko worek z białym proszkiem.
— Pura coca — powiedział. Pokiwałem głową. Jakżeby inaczej.