— Prosto z Kolumbii — powiedział, a księżyc oblewał go światłem, jakby go mlekiem oblewał. Jak w komiksach. Palmy, przyrzekam, nie ściemniam, odcinały się od księżycowej tarczy. Bo to pełnia w chuj była.
— Jasne — mówię.
— A poza tym — powiedział — mam na imię Tony. Tony Montana.
— Okej — pokiwałem głową. — A po ile?
— A to najpierw spróbuj — powiedział Tony Montana i zanurzył w woreczku róg karty kredytowej.
Wciągnąłem. No kurwa, pomyślałem. Faktycznie wyglądało na to, że pura, choć nie wiem, czy nawet stałem kiedykolwiek obok takiego konesera, co by bezbłędnie powiedział, czy pura czy nie pura. Ale zapachniało chrzanem, poczułem adrenalinę i dreszcz, lekki niepokój — po czym rozlewające się po ciele napięcie — ale i spokój, i opanowanie.
— I co — triumfował Tony Montana. — Pura, nie?
— No chyba pura — odpowiedziałem, zapalając papierosa, i udając, że się na tym znam jak nie byle kto. — To po ile?
— Ja z ciebie nie zedrę — powtórzył mi, bardzo po polsku, Tony Montana. — Nie tyle co od innych.
— Bardzo pięknie kłamiesz, Tony Montana — odparłem, wydmuchując dym. — Ale ja jestem z Polski. Ja wiem, jak to działa. To powiedz, ile.