Ale faktycznie nie było drogo.

I kolejnych kilka dni spędziliśmy, leżąc nad basenem taniego hoteliku, paląc od rana marihuanę, wciągając koks i popijając piwo presidente. Przeczytałem na e-booku całego Dukaja, jakiego miałem. Zadziwiająco dobrze wchodził przy tym połączeniu. Anglik Jack stał się wyznawcą Putina. Rosjanin Misza upijał się z żoną i śpiewali smutne piosenki. Wieczorami chodziliśmy na plażę, akurat wtedy, gdy schodzili z niej ludzie, którzy zarabiali na turystach, w tym Tony Montana. Znałem już chyba z połowę z nich, bo stałem się częstym gościem ziomków z faweloidu, bo nie oszczędzaliśmy stafu. Ci, których znałem, dawali nam spokój i nie podbijali z „kup pocztówkę”, „kup piwo”, „kup usługi seksualne”, „kup kokainę”, „kup marihuanę”. Ci, których nie znałem, podbijali, i połowa brała mnie za Rosjanina, a połowa za Niemca. Celowali idealnie, ale tego nie wiedzieli. Ja mówiłem, że jestem z Rurytanii i dawali mi spokój.

Tony Montana faktycznie, ku mojemu zdziwieniu sprzedawał mi taniej niż innym. Niewiele, ale jednak. Wbijałem z presidentem, a oni — Tony razem z kumplami, z których jeden miał ksywę Las Vegas, a drugi — San Francisco, mierzyli w swojej małej kanciapce z Jezusem na ścianie Nazarejczykiem gramy, przesypywali zielone i białe na kupki, po czym wsypywali te kupki do kawałków pociętej reklamówki, zawiązywali gumką-recepturką albo zawiązywali na supeł, jak im się nie chciało pieprzyć z gumką. Drzwi mieli otwarte i wejść mógł w zasadzie każdy. I czasem wchodzili. Witali się, wypijali piwo presidente i szli dalej. Albo wracali, bo nie bardzo było gdzie iść: na plaży było po pierwsze — gorąco, po drugie — siedzieli tam coraz bardziej czerwonoskórzy idioci, którzy lubili instalować sobie porażenie słoneczne. W drugą stronę — była dwupasmówka pełna smrodu, pyłu, pędu i hałasu. W prawo i w lewo — stały mury niepodległych państw hotelowych, na których terytorium wstąpić można było jedynie w ramach pakietu wakacyjnego dużych, światowych firm turystycznych. Więc wracali i narzekali.

Ani Tony Montana, ani Las Vegas, ani San Francisco nie sadzili głodnych kawałków, że mieli w życiu ambicje się uczyć, znaleźć dobrą pracę i założyć porządne rodziny z labradorem w kombiaku, ale musieli dilować na plaży stafem, bo tak się ułożyły stosunki społeczno-gospodarcze na Dominikanie, a nie inaczej. Nie sadzili, choć mogli w gruncie rzeczy, bo stosunki było widać gołym okiem, a co dopiero jak się zaczęło zgłębiać temat.

— My i tak jesteśmy zbyt czarni, żeby cokolwiek osiągnąć — opowiadał Tony Montana, gdy leżałem kiedyś u nich na śmierdzącym materacu, pod Jezusem, spalony jak za inkwizycji, i patrzyłem, jak San Francisco waży kokainę. — Bo u nas jest rasizm.

— Ale wszyscy są tutaj mniej lub bardziej czarni — zauważyłem, na co Tony Montana, San Francisco i Las Vegas się roześmiali.

— To może powiedzieć tylko takie blade gówno jak ty — orzekł Tony Montana. — My tutaj mamy wyrafinowane kategorie oceny. Im ktoś bardziej czarny, tym gorsze szanse na lepszą pozycję społeczną. Niektórzy bogaci się nawet poddają specjalnym operacjom wybielania.

— Jak Michael Jackson?

— Michael Jackson był chory! — Zauważył San Francisco. — Miał rzadką chorobę skóry.

— Za którą wiele zapłacił — dodał Las Vegas i wszyscy się roześmiali. Ja się rozkaszlałem od dżointa.