Chłopaki wpadli w histeryczny rechot.
— Ach ci gringos, och ci gringos! Na szczęście dał mi kasę wcześniej — śmiał się Infierno Cabron, pokazując banknoty. — Powiedziałem, że nie mam wydać, ale mogę dać mu więcej towaru, tylko musi pójść ze mną na chatę. Widocznie już nie chce. Ach ci gringos!
— Ja też jestem gringo — powiedziałem, nie bardzo wiem czemu, być może dlatego, że byłem zjarany, a może dlatego, że odezwała się we mnie jakaś jednak solidaridad z Amerykaninem. Ale właściwie jaka? Czy mnie, wschodniemu Europejczykowi, było bliżej do kultury anglosaskiej niż do latynoskiej? Katolickiej, Boże bądź miłościw, peryferyjnej, Wallersteinie bądź miłościw, emocjonalnej, wszyscy wujowie i ciotki bądźcie miłościwi i miłościwe? Oczywiście, że nie, ale jednak tak, bo było mi do niej bliżej jako do kultury wiodącej. Naczelnej kultury globalnej. I stąd instynktowny odruch solidarności względem Amerykanina, jako do przedstawiciela tejże kultury. Tak, to była solidaridad wynikająca ze wspólnego oglądania Narcos i Scarface.
— Ty też jesteś gringo — odpowiedział mi Tony Montana, patrząc na mnie tymi kobiecymi, strasznymi oczami — ale taki udomowiony. Gringo domesticado.
I tak się życie toczyło poza tym sezonem, na tej Dominikanie.
W końcu nadszedł czas odjazdu, bo chcieliśmy zobaczyć więcej Dominikany. Chłopaki wyprawili nas godnie: dostaliśmy worek marihuany po cenach promocyjnych i tylko trochę mniejszy worek kokainy. Razem z serdeczną przestrogą, żebyśmy unikali policji, bo to się może skończyć źle.
*
Unikaliśmy. Nie zawsze się udawało, ale unikaliśmy. Miasteczka na Dominikanie były małe, w środku zawsze był skwerek, i w gruncie rzeczy przypominały miasteczka w dawnej Kongresówce. Albo w ogóle we wschodniej Europie. Wokół wielkiego skwerku stały zawsze ni to niziutkie kamieniczki, ni to jednorodzinne domy i to wyglądało naprawdę jak tropikalne Mazowsze albo Kielecczyzna. Jakieś Kozienice, takie rzeczy. Tylko światło było inne, i tak naprawdę to robiło klimat. Palmy zamiast wierzb płaczących, ale poza tym — w zasadzie to samo.
Nawet starsi ludzie przypominali tych z byłej Kongresówki. Koszuliny, jakieś stare spodnie, sandały. Koniecpol latem. Albo Włoszczowa. Tylko że byli czarni. Gówniarze w sumie też: mieszanina butności i niepewności, trochę wożenia się, trochę fantazji. Tylko czarni. Na wsiach babcie nosiły na głowach chustki i coś w rodzaju kwiecistych podomek, które nosiło się, i nadal zresztą nosi, w Polsce na wsi. Tylko, że były czarne, co w końcu nie miało żadnego znaczenia. Nawet do tego samego papieża się modliły. I też był wszędzie. Jeden, drugi i trzeci. I kościoły były nawet podobne, te nowe. Te stare w sumie też, jakby tak zmrużyć oczy. I księża się podobnie wozili. A nawet jeszcze bardziej. I elity były do tych księży tak samo czołobitnie nastawione. Albo nawet bardziej. I też się miały za bardzo europejskie. W ogóle Dominikana wyglądała jak tropikalna Polska, tylko taka, w której nie było komunizmu. Jedyne tory kolejowe na wyspie zbudowano za kolonializmu po to, żeby łatwiej wywozić do portów trzcinę cukrową. Gdy kolonializm padł, tory zarosły i nikt ich nie używał, choć można było użyć ich do tak karkołomnego celu, jak na przykład zorganizowanie transportu publicznego. Kurwa, nawet metro w stolicy wyglądało jak warszawskie. No i było brzydko, taką polską brzydotą. Karaiby są ładne, owszem, jak się patrzy z góry na jakąś dżunglę, albo w tych niepodległych państwach-miastach hotelowych. Ale poza tym naprawdę wyglądało to jak Polska — chaos nałożony na tę podstawową strukturę małych miasteczek. I czasem pojawiali się Haitańczycy. Przemykali ciemnoczarnymi grupkami gdzieś pod płotami albo pod murem. Cisi, wystraszeni.
— Barbarzyńcy — syczeli ludzie. — Mur trzeba postawić.