W Santiago de los Caballeros, które wyglądało jak Jędrzejów pośrodku dżungli typu „Indiana Jones i przygody w dżungli”, tylko że bez blokowisk, bo w tym wariancie alternatywnej historii Polski nie tylko Polska leżała na Karaibach, ale i komunizmu w niej nie było, wisiał wyborczy billboard faceta, który zapowiadał ni mniej, ni więcej, tylko budowę tego muru. Był czarny, ale nie aż tak czarny, jak mógłby być, gdyby się inaczej potoczyło, tak uznawał najwyraźniej. Pod kościołem ludzie śpiewali. Trzeba było być cicho. Ksiądz wyglądał jak swoja własna mumia. Albo bizantyński bazyleus w pozie majestatycznej.
A potem pojechaliśmy do Boca Chica.
O Boca, o Boca Chica.
*
Właścicielem hostelu był Amerykanin z hakiem zamiast lewej ręki. Jak Kapitan Hak. To była kamieniczka na brzegu morza, i było naprawdę miło. Amerykanin, który swoją pozycję społeczną zawdzięczał wyłącznie temu, że był Amerykaninem, wżenił się w rodzinę z lokalnej socjety. Siedzieliśmy przy stoliku na tarasie i patrzyliśmy na morze, za którym była Ameryka Południowa, a nie Szwecja. Czy choćby Włochy albo Turcja.
Miasto było zapedofilone. Ale tak dosłownie. Zaseksoturystowione. Białych, piegowatych facetów w okolicach pięćdziesiątki nie widziałem nigdy w takich ilościach. Tworzyli wręcz stada. Byli dominującą grupą społeczną. Dzwony biły, wielcy lokalnego świata się wybielali w imię Pańskie, księża szeptali politykom do uszu, jak moralnie prowadzić kraj, a hordy niedoruchanych białych przedemerytów polowały na ulicach Boca Chica na seks z nastoletnimi obywatelami Republiki Dominikany i cała lokalna struktura była zorganizowana tak, by im to umożliwić. Pełno hotelików, pojawiała się opcja na godziny. Zaciszne knajpki, gdzie można i loda pod stołem strzelić. Czemu nie. Pod stołem Bóg słabo widzi, w końcu patrzy z góry.
Aż się dziwiłem, że lokalne chłopaki tych białych regularnie nie piorą. Wiedziałem, oczywiście, że policja, która stoi na straży odwiecznego porządku, w którym pan się bieli, ksiądz się mądrością dzieli, a gringo rucha nastolatki, by pewnie nie była przychylna oficjalnie takiemu procederowi, ale coś mi się wydawało, że nieoficjalnie by nie była jakoś wyrywna do szukania sprawców. Dziwiłem się, bo mi chyba już ta alternatywna, tropikalna polskość mocno weszła.
No i zapytałem przy stoliku. Ale córki Amerykanina z hakiem, wychowane na Dominikanie, w socjecie, nie wiedziały, dlaczego tak się dzieje. Z prostej przyczyny:
— Ale my nie wiemy, co myśli plebs — odpowiedziała jedna z nich, zdziwiona pytaniem. — Bo my się z nim nie zadajemy.
*