W dzień można było tylko leżeć w cieniu, dopalać resztki tego, co kupiliśmy od Tony’ego Montany i kolegów, i powoli rozglądać się za nowym kolegą z tematem. Wieczorami natomiast można było pójść na miasto i patrzeć na ten festiwal viagry. Było parno, zjadłem ryż z owocami morza w jakiejś garkuchni za rządkiem wakacyjnych sklepików, bo ogólnie to na tej Dominikanie nie było tanio, pooglądałem rozpoczęty i niedokończony pałac jakiegoś dominikańskiego możnego, któremu chyba się zdarzyło zbankrutować, i wyszedłem na poszukiwanie przygód.

Zęby: naturalne, jak u brontozaurów, i sztuczne, białe i błyszczące. Piegi na starczej, opalonej skórze. I gładkie dłonie ciemnoskórych nastolatków. Drinki w plastikowych szklaneczkach. I napiwki szczodre jak Bolesław.

Zawsze mnie trochę bawi, jak turysta się napina, że siedzi z lokalsami i pije z lokalsami, bo choć ma niby rację, to jest to również jakaś forma pozy, ale chodząc po tej ulicy pełnej knajp, upału i dyszącego seksu, szukałem czegoś, gdzie nie będzie siedział mój europejski, niby-zachodni gatunek. Zresztą, czy mój? Czy ten gatunek się do mnie w ogóle przyznawał? Byłem niby biały, ale równie dobrze mógłbym być białym Maryjczykiem z pogańskiej Mari El i na jedno by wychodziło.

No i znalazłem w końcu. To nie była knajpa, tylko sklep. Lokalne ziomki nie siedziały w knajpie, ale pod sklepem. Ale do sklepu przymontowano parapet, przy parapecie ustawiono taborety, i w ten sposób powstał bar, i w tym barze piłem cuba libre, i mimo że na początku ziomki patrzyli na mnie wrogo, to szybko jakoś się zakręciłem, z tym coś pogadałem, z tamtą coś się pośmiałem i ani się obejrzałem, jak siedziałem już w towarzystwie Santiago, Marii i Dolores.

Santiago miał taką specyfikę, że był karłem i alfonsem. Był czarny prawie jak Haitańczyk, ale, mówił, i tak jest karłem, więc to, czy jest mniej lub bardziej czarny, nie ma specjalnego znaczenia. Maria była prawie biała, Dolores — coś pomiędzy, ale, jak mówiły, są kurwami, więc to również nie ma znaczenia. Byłem już pijany tym rumem, a w dodatku zostało jeszcze trochę kresek i dżointów od Tony’ego Montany, więc poświęciliśmy się intensywnemu wprowadzaniu się w stan intoksykacji, a ja pytałem uparcie Diego o to, dlaczego lokalne chłopaki nie rozpieprzą w cholerę tej ulicy pełnej postkolonialnego spermiarstwa, na co Diego przypomniał mi łagodnie, że przecież jest alfonsem, a zarówno Maria, jak Dolores czerpią zyski z rzeczonego spermiarstwa.

Kupowałem kolejne kolejki, aż zorientowałem się, że siedzimy już nie w niedoknajpie lokalsów, a w normalnej, formalnej knajpie o nazwie mającej w nazwie coś z czekoladą, i że wokół nas siedzą sami biali faceci w okolicach pięćdziesiątki, i że ja w sumie też jestem białym facetem, może nie w okolicach pięćdziesiątki, no ale czterdziestki to na pewno, i w pewnym momencie Diego gdzieś znikł, a jeszcze przed chwilą mi opowiadał, że tak naprawdę to zawsze marzył o tym, by być architektem, i że zostałem tylko z Marią i Dolores, które patrzyły na mnie z dziwnymi uśmiechami, a później już tylko z Dolores, a później siedziałem już sam, a z portfela zniknęły mi wszystkie pesos.

A potem był już ranek, i byłem w ogóle sam. A potem pojawili się Haitańczycy i zaczęli sprzątać porozbijane szkło i zamiatać ulice.

I tak to się skończyło,

Amen.