Po wieczerzy, gdy towarzystwo rozproszyło się po salonie i przylegających do niego pokojach, chodząc i rozmawiając, Helenka schroniła się do biblioteki, a słowa dwa tygodnie temu usłyszane tu o sobie stanęły jej żywo w pamięci. Wspomnienie to przykre jej było; już chciała wyjść stamtąd, gdy ucho jej, jak wówczas, uderzył głos Andrzeja.

— Gdzież to się podziała księżniczka?

— Musi być w sali — odpowiedziała Elżunia — ale co się to stało, że mój brat raczy się nią interesować? Dotąd byłeś do niej dziwnie uprzedzony.

— Ta dziewczyna zaczyna mieć charakter i więcej jest warta, niż myślałem.

„Ten pan raczy nareszcie przyznawać, że mam charakter — rzekła do siebie Helenka — i przypuszcza nawet, że jestem coś warta... Wielka to łaska z jego strony! ”

— Ja ci to pierwszego zaraz dnia powiedziałam — wtrąciła Elżunia.

— W swojej skromnej sukience wydała mi się daleko piękniejszą niż w stroju balowym, w którym ją przed kilku godzinami widziałem, a w którym jednakże była czarującą. Przybył jej urok, jakiego nie posiadała dotąd, urok prostoty. Czoła też już nie zasłania grzywką ani nie nosi za sobą tego fatalnego tłomoka54, który ją czynił podobną do wielbłąda. Gdy się ukazała w sali, o mało jej nie powiedziałem, że jest prześliczna!

— I to już zobaczył mój braciszek! — zawołała wesoło Elżunia — ostrożnie, Andrzeju, ostrożnie, bo się w niej zakochasz.

Fala gorącej krwi uderzyła do głowy dziewczęcia i jednocześnie uczuła dziwną radość, że ten szorstki człowiek pochwalił ją na koniec, radość niepojętą dla niej samej.

— Bądź spokojna — odpowiedział Andrzej — moje serce nie jest tak łatwe do zdobycia. Wreszcie tylko kobietę takiego hartu duszy jak matka nasza mógłbym pokochać, bo tylko taka może dać szczęście mężczyźnie, widzącemu w małżeństwie coś więcej niż zwykły romans. Księżniczka jest niezaprzeczenie dobrym dzieckiem, ale wątłym i słabym.