To mówiąc, wyciągnął ku niej dłoń otwartą: była to dłoń spracowana, szeroka, żylasta, opalona. Helenka, która podczas ostatnich słów jego patrzyła machinalnie na złote rybki, pluskające się w wodzie, i na delikatne listki paproci, podniosła ku niemu swoje wielkie oczy, pełne nieokreślonych pragnień i cichych smutków, i patrzyła przez chwilę na tego człowieka, tak dla niej niemiłego. W postawie jego tyle było prawdziwie męskiej godności i energii, w oczach tyle siły spokojnej i pewnej siebie, że już miała położyć swoją malutką rączkę na jego dłoni, gdy pamięć, płatająca ludziom tak częste figle w najniewłaściwszych chwilach, przypomniała jej słowa: „ona jest tylko słabym, wątłym dzieckiem” — i zawahała się, co widząc Andrzej, usunął natychmiast swoją.

— Nie masz pani odwagi dotknąć się mojej ręki, której sama wielkość przestrasza panią — powiedział z przymuszonym nieco uśmiechem — nie mam pani tego za złe. Owszem, podoba mi się ta szczerość nie zamaskowana fałszywą grzecznością.

— Ale pan się myli — rzekła śpiesznie i z lekkim pomieszaniem, chcąc podać mu rękę, ale Andrzej cofnął się mówiąc:

— Przepraszam panią, ale zwykłem brać tylko to, co może mi być dane dobrowolnie. Nie lubię nic nikomu narzucać. Pierwszy ruch pani był szczery i pokazał, że pomimo pozornego wstrętu do prawdy, stosujesz ją pani jednak w postępowaniu. Niechże pani źle zrozumianą delikatnością nie psuje mi dobrego wrażenia. Do widzenia.

Zniknął między krzewami, a Helenka chwilę jeszcze patrzyła w stronę, w którą odszedł, po czym wzruszyła lekko ramionami, a przed oczyma jej duszy stanął obraz Stefana w całym blasku jego młodzieńczej urody i rycerskiego wdzięku.

— Czy ja go zobaczę jeszcze kiedy! — szeptała z niezmierną tęsknotą. — Musi być równie szlachetny i dobry, jak jest piękny!

XIX

Usposobienie gorączkowe, w jakim się Helenka w pierwszych tygodniach znajdowała, ostygło powoli i zastąpione zostało stanem mniej więcej normalnym. Nauczyła się też wstawać o jednej godzinie, ani za wcześnie, ani za późno, i czy się czuła wypoczętą, czy znużoną, zdrową czy niezdrową, z jednakową zawsze pracowała gorliwością. Chwle słabości i zniechęcenia przychodziły na nią tak jak dawniej, ale nie poddawała im się przez dumę. Przez dumę wypełniana z największą dokładnością swoje obowiązki i stosowała się we wszystkim do porządku domowego. Nie chciała być gorszą od innych „kółek obracających się w maszynie” ani przedmiotem politowania. Miała już tego dosyć. Przy stole nie odsyłała też już nie tkniętych półmisków, ale jadła prawie wszystko. Młody żołądek, osłabiony długim początkowym postem, dopominał się gwałtem o swoje prawa i mniej był wybredny w wyborze, a po upływie pewnego czasu właścicielka jego zaczęła nawet znajdować smacznym to i owo. Wprawdzie prostota przypraw nieraz przywiodła jej na pamięć wspomnienie innych obiadów; wprawdzie brak deseru zawsze dotkliwie czuć się dawał, ale rozpieszczone podniebienie przyjmowało z rezygnacją to, co było, wiedząc, że wszelkie protestacje byłyby bezużyteczne.

Otrząsając się na samą myśl o cerowaniu pończoch nie wiedziała biedna księżniczka, że sama będzie musiała się zapoznać z tą „szkaradną” robotą. Cienkie, po większej części ażurowe jej pończoszki, w energicznych rękach praczki, nie przyzwyczajonej do takiej „pajęczyny”, zaczęły się drzeć w przerażający sposób — i trzeba było, chcąc nie chcąc, wziąć się do cerowania. W garderobie także od czasu do czasu pokazywały się różne, drobne uszkodzenia, wymagające natychmiastowej naprawy, a nie było pod ręką panny służącej, która by się tym zajęła. W tym domu kobiety same sporządzały bieliznę, nie powierzając jej rękom służących — trzeba więc było zrzucić pychę z serca i sporządzać także. Były to dni prawdziwej niedoli dla biednej dziewczyny, bo musiała robić to, czego nie umiała i nie lubiła; toteż ciężkie westchnienia wydobywały się z jej piersi przy robocie i nieraz łza spadła tu i owdzie.

A jakie to było sporządzanie! Pani Radliczowa, odbierając bieliznę z prania, aż się za głowę wzięła widząc te pośpieszne, nieudolne próby na cienkim batyście.