— Miłosierny Boże! — zawołała — a toć ta księżniczka nie ma najmniejszego wyobrażenia o sporządzaniu. Czy widział kto kiedy coś podobnego? Ściegi wielkie i nierówne jak dziecka, co się dopiero zaczyna uczyć szycia; wszystko pościągane, a jedno do drugiego nie pasuje. Gdzie delikatnie zesnuć by należało, zeszyte okrętką Bóg wie po jakiemu. Co też za matka być musiała niepraktyczna, że nie nauczyła córki nawet igły w ręku trzymać!
I wziąwszy corpus delicti56, pani Radliczowa, która umiała cerować tak, że nikt nie poznał, gdzie było rozdarcie, szła na górę do pokoju Helenki, spędzającej zwykle wolne chwile nad książką.
— Odłóż, pani, na bok tę książkę — mówiła swoim zwykłym, niezbyt łagodnym głosem — a weź się do tego, co jest pilniejsze. Czy to nie wstyd, żeby taka duża panna nie umiała jeszcze cerować? Patrzże pani sama, jak to wygląda! Moje dziewczęta, kiedy miały po sześć lat, lepiej to robiły.
I wziąwszy nożyczki, pruła robotę Helenki w jej oczach i wykładała jej elementarne zasady sporządzania we właściwy sobie, szorstki, ale jasny sposób — powtarzając często:
— Dłużej starego niż nowego.
Wyrazy takie i tym podobne pokrywały zwykle krwawym rumieńcem twarzyczkę Helenki. Znała już ona tę kobietę i wiedziała, że jeżeli czas swój drogi poświęca na uczenie jej, czyni to przez życzliwość — bo błyski życzliwości dla siebie widywała u niej od czasu, gdy sprzedała swoją suknię balową. Dawniej pani Radliczowa byłaby poprzestała na pogardliwym ruszeniu ramion — dziś chciała ją nauczyć, więc należała jej się za to wdzięczność. Czuła to Helenka — ale człowiek nie od razu przerobić może swoją naturę. Więc choć nauki słuchała cierpliwie i z uwagą, choć dziękowała za nią, jednakże zostawiało to na niej wrażenie podobne do zgrzytu żelaza po szkle i zaledwie drzwi zamknęły się za panią Radliczową, gniotła z gniewem trzymaną w ręku sztukę bielizny lub rzucała ją na ziemię i wybuchała płaczem. Wrodzona jej duma jednakże nie dopuszczała, żeby podobne sceny powtarzały się często; zrobiła się bystrą i uważną na tę przykrą naukę i tak z niej korzystała szybko, że pani Radliczowa dziwiła się aż skuteczności swej metody.
— Dosyć jest pojętna ta księżniczka — mówiła do córek — i kto wie, czy się jeszcze nie wyrobi na porządną kobietę.
I nie tylko bieliznę nauczyła się sporządzać; robiła i takie rzeczy, jakich dotknąć się uważałaby sobie niegdyś za ubliżenie: czyściła sama suknie i trzewiki — a i do tego także popchnęła ją duma. Zmuszona bardzo oszczędzać, nie była w stanie dawać służbie datków pieniężnych — a nie mogąc ich dawać, nie chciała żądać żadnych usług. Toteż wszyscy domownicy opowiadający sobie dawniej po cichu różne anegdoty o „księżniczce”, przestali się z niej wyśmiewać — a stara, najbardziej jej z początku nie lubiąca Kunegunda zaczęła jej nawet okazywać jawną przychylność i częstokroć, gdy Helenka brała się do zrobienia porządku koło swego ubrania, znajdowała je uporządkowane i oczyszczone, kurze w pokoju starte i każdą rzecz na swoim miejscu.
Obyczajem osób przywykłych do licznej służby Helenka zwykła była wszystko rozrzucać w swoim pokoju i swoich kufrach — i co za tym idzie, często nie mogła długo trafić do tego, czego szukała. Gorszyło to bardzo panią Radliczową.
— Porządek nierównie mniej trudu kosztuje od nieporządku — mawiała ta wzorowa gospodyni — a czasu ludziom oszczędza. Zamiast marnować go na szukanie czegoś, co powinno mieć wyznaczone miejsce, żeby nawet po ciemku mogło być znalezionym, czy nie lepiej obrócić go choćby na rozrywkę lub odpoczynek? Setki, tysiące godzin przepadają w ten sposób na bezużytecznej a daremnej krętaninie w życiu człowieka, a gdyby je pomnożyć przez pewną liczbę ludzi, zrobią się z tego lata, a nawet wieki — by nie mówić już o tym, że człowiek nie mogący zaraz znaleźć tego, czego szuka, jest niewolnikiem swego niedołęstwa i często traci przez nieporządek właściwą do działania sposobność.