— Zdaje mi się, że temu dziecku brak jest powietrza — mówił pryncypał — trzeba ją posłać na jaki tydzień na wieś. Jedziesz do dziadka, Andrzeju, to weź ją z sobą. Wandzia się nią zaopiekuje i postara, żeby lepiej wyglądała.
Helenka mocno się opierała temu projektowi, narażającemu ją na straty materialne, ale wola pana Radlicza okazała się niewzruszoną i musiała usłuchać. Przed wieczorem siedziała już obok Andrzeja w małym jednokonnym powoziku. Stosunki jej z nim niewiele się zmieniły przez kilka upłynionych miesięcy; uznawała jego zalety, ceniła go nawet wysoko, ale go nie lubiła i unikała, gdy tylko mogła. On też jej nie szukał; był z nią grzeczny, ale z daleka. Tylko muzyki jego nie unikała Helenka, ale słuchała jej zawsze z rozkoszą, dziwiąc się, że ten prozaiczny człowiek umiał tak grać: jakim sposobem on, zwolennik czystego rozumu, do którego uczucie zdawało się nie mieć przystępu, potrafił tak odczuwać muzykę?
To samo myślała sobie siedząc obok niego w powozie i patrząc na ostry profil jego twarzy, w uszach bowiem brzmiała jej jeszcze cudowna symfonia, jaką grał wczoraj długo wieczorem.
Powóz toczył się szybko po gładkiej szosie, a gdy się zwrócił w drogę boczną, między pola, Andrzej, palący dotąd w milczeniu cygaro, odezwał się do swej towarzyszki:
— Rad jestem, że pani pozna moją siostrę Wandę; jest to kobieta, którą po mojej matce stawiam najwyżej i do której jestem najwięcej przywiązany.
„A więc ten człowiek kocha coś więcej prócz swojej pracy i zimnego rozumu — rzekła do siebie — tego nie myślałam. Dlaczego jednak tej właśnie siostrze daje nad innymi pierwszeństwo w swym sercu? Musi być między nimi pokrewieństwo duchowe”.
— Uwielbiam ciągłą pogodę jej umysłu i moc duszy — mówił dalej. — Z twarzy jej, zawsze jasnej, nikt by się nie do myślał, jaki bolesny dramat rozegrał się w jej życiu. Była zaręczona z człowiekiem ze wszech miar godnym miłości i ślub miał się odbyć wkrótce, ale człowiek ten zginął wśród burzy wstrząsającej krajem, a raczej musiał umrzeć... Został skazany na śmierć, a ona nie mogła go nawet pożegnać.57
Z ust Helenki wyrwał się okrzyk bolesnego zdziwienia.
— I kobieta ta ani szlochała, ani załamywała rąk, ani złorzeczyła, tylko wzięła się do pracy! Łzy jej płynęły cicho i rzadko kto je widział, tylko włosy jej w ciągu jednego roku posiwiały, choć gdy to się stało, miała dopiero lat szesnaście. Pracowała niezmordowanie od rana do wieczora, a gdy ją wstrzymywano, prosząc, by się nie zabijała trudem nadmiernym, odpowiadała, że to jest jej lekarstwo i że wypełnia testament zmarłego, którego dążności szlachetne znała dobrze. Dwadzieścia lat upłynęło od tego czasu, a ona nie znała prawie, co to jest odpoczynek. Najpierwsza wstaje, ostatnia się kładzie; pracuje z namiętnością, jakby zagłuszyć chciała bolesne głosy wspomnień. Rządzi ogromnym gospodarstwem kobiecym na wsi, pielęgnuje dziadka z drobiazgową troskliwością, leczy chorych i jeszcze przez kilka miesięcy letnich prowadzi fabrykację owoców suszonych i konfektów, które wysyła do Warszawy, a które właściciele handlów kolonialnych kupują chętnie zamiast kijowskich, jako lepsze i tańsze. Dawniej uczyła jeszcze dzieci wiejskie, ale jej tego wzbroniono z urzędu — i utrzymywała gospodę chrześcijańską, którą jej zamknięto. Niegdyś była bardzo żywą i wesołą dziewczyną, a choć wesołość znikła, żywość pozostała. Ruchliwy jej umysł nie tylko całość z wielką bystrością ogarnia, ale pamięta o najdrobniejszych szczegółach, o wszystkim i o wszystkich. Na twarzy ma zawsze miły uśmiech dla każdego, każdemu pomóc gotowa i usłużyć, każdego umocni, pocieszy, podniesie; zawsze spokojna, pogodna, słodka, nie skarżąca się na nic, zadowolona z tego, co jej życie daje, i nie pragnąca więcej. Jeden jest tylko dzień w roku, w którym jej moc i panowanie nad sobą słabnie: rocznica śmierci Jerzego — ale i wtedy znać na niej tylko znużenie, nic więcej. Zacni ludzie starali się o jej rękę, ale nie chciała jej oddać nikomu, mówiąc, że nie przestała się uważać za zaręczoną. Takie jak ona nie zapominają...
Rzucił cygaro i wsunął się w głąb powozu.