Biją w tarabany

Marsz, marsz!

Śpiew ten, pochodzący widocznie z piersi starganej wiekiem, ale czerstwej jeszcze i raźnej, zaciekawiał Helenkę; zwróciła się ku niemu i zobaczyła żwawego staruszka w granatowej kapocie, w rogatej czapce i z ogromnymi wąsami. Trzymał w ręku koneweczkę i podlewał grządki kwiatowe.

Już tu ziomek pilnie słucha,

Czy armata ryczy;

Walecznego pełny ducha,

Każdy moment liczy.

Marsz, marsz!

Spostrzegłszy nadchodzącą Helenkę staruszek przerwał swoją robotę, przysłonił oczy ręką od słońca, żeby lepiej widzieć, i odezwał się:

— Hm, hm, co też to za śliczna panienka spadła nam z nieba! Szkoda, że pan pułkownik nie widzi, bo miałby czym oczy ucieszyć. Jest na co popatrzeć, jest, jak mi Bóg miły! Dzień dobry panience!