Siostra i brat przywitali się bardzo serdecznie, a Andrzej powiedział zaraz, w jakim celu przywiózł ze sobą gościa.
— O, to dobrze — rzekła wyciągając do Helenki rękę — będzie nam weselej we troje, a panna Orecka odetchnie trochę naszym powietrzem. Postaramy się, żeby w ciągu tego tygodnia, przeznaczonego na wakacje, nabrała rumieńców.
— Gdzie jest dziadek? — zapytał Andrzej.
— Dziadek już śpi, nie zobaczysz go dzisiaj.
Podano herbatę w pokoju kominkowym i gawędka przeciągnęła się dość długo. Helenka niewiele mieszała się do rozmowy rodzeństwa; patrzyła na panią domu i dziwiła się. Gdy ją odprowadzono do pokoju, przeznaczonego na nocleg, długo siedziała na łóżku nie rozbierając się. Myślała ciągle o tym życiu zapełnionym pracą i o dziwnym testamencie zmarłego.
XX
Dwór z ogrodem leżał na wzgórzu, a ze wzgórza był widok na całą okolicę: na pola, na łąki, na las, na rozrzucone chaty wioski i na bielejące w dali drogi, wysadzane rosochatymi wierzbami. Widok ten, którego największym urokiem była szerokość przestrzeni, wydawał się dziwnie piękny Helence, odwykłej od podobnych widoków w murach wielkiego miasta. Patrzyła nań jak na coś znanego, a niewidzianego dawno, z pragnieniem i tęsknotą, a uchem chwytała odgłosy idące od pól, od lasów, od łąk, przenikające do jej duszy i wywołujące w niej dziwne myśli i uczucia. Gdy ziemia budzi się z zimowego snu do życia i okrywa zielenią, w sercu człowieka, czy to starego, czy młodego, budzą się uśpione nadzieje, przytłumione pragnienia i wołają głosem wielkim o szczęście... Coś podobnego działo się w duszy Helenki. Wtem posłyszała śpiew:
Już tam ojciec do swej Basi
Mówi zapłakany:
Słuchaj jeno, pono nasi