Trudu krew czerwona, zwątpienia myśl blada —
I te długie lata cierpień, gorzkich śmiechów —
I ten strumień tęsknot, co przez życie płynie —
I duch nasz zatruty jadem złych oddechów —
I ciche westchnienie — nic, mistrzu, nie ginie!
„I to ma być człowiek prozaiczny — rzekła do siebie Helenka — ależ to poeta! ”
Konie59 zatrzymały się przed niewielkim dworkiem, podobnym z kształtu do dawnych dworków szlacheckich, bo był niski, parterowy i z frontu miał ganek wsparty na dwóch drewnianych kolumnach. Zmrok już był, a w jednym z okien dworku błyszczało światło.
— Jesteśmy już u celu — rzekł Andrzej otwierając drzwiczki.
Wysiadł, podał rękę Helence i wprowadził do obszernego pokoju, którego jedna połowa była oświetlona blaskiem ognia płonącego na kominku, a druga pozostawała w cieniu. Przed kominkiem stało duże wyściełane krzesło z poręczami i podnóżek. Snadź ktoś tutaj siedział i niedawno opuścił to miejsce. Helenka zdejmowała z siebie okrycie, gdy pani tego domu, Wanda Radliczówna, weszła do pokoju ze świecą.
Dziewczę nie mogło się oprzeć wzruszeniu na jej widok. Patrzyło na tę postać wysoką, szlachetną, na oczy podkrążone sinymi obwódkami, ale pełne blasku, na włosy białe, dziwnie odbijające od cery świeżej i zdrowej, i trudno jej było uwierzyć, że ta postać pogodna i spokojna to bohaterka opowiadanego dramatu. Tylko wyraz bolesny około ust zdradzał cierpienie.