— Czereśnia, co tu stoi przed nami, cała w bieli jak w welonie z kwiatów; jaskółka siedzi na gałęzi i buja się, a na ścieżce przed nami skacze wróbel i trzyma słomę w dziobku. Pewnie ściele sobie gniazdko.

— Miłe, wdzięczne ptaszyny. Widok ich w dalekim kraju wzruszał mnie zawsze do głębi. Mów dalej.

— Za ogrodem widzę strumień wijący się po łące; koło niego bydło idzie na paszę, a pasterz je pogania.

— Słyszę jego wołania. A pod lasem?

— Pod lasem pług, zaprzężony we dwa siwe woły, kraje ziemię.

— Wiosna wczesna... Będziemy mieli urodzaj. Dalej, dalej!

— Lekka mgła unosi się nad strumieniem, ale słońce zaraz ją rozproszy. Spośród kępy brzóz i topoli wynurza się wieża kościoła, a krzyż na niej błyszczy w słońcu jak złoto.

— Widzę, widzę ten obraz tak, jakbym na niego patrzył własnymi oczyma — przerwał starzec, który jej pilnie słuchał, a nieruchome jego oczy jaśniały radością. — O, jakże świat jest piękny.

Spod lasu dało się słyszeć długie przeciągłe hukanie.

— To derkacz odzywa się na błotach — mówił dalej — poznaję jego głos, zdaje mi się też, że słyszę gromadę ptactwa lecącego w tę stronę.