— Mów tę, której nas nauczył nasz Zbawiciel, bo w niej zawiera się wszystko, co pojedyńczemu i zbiorowemu człowiekowi jest potrzebne.
Helenka zaczęła:
— Ojcze nasz, któryś jest w niebie: święć się imię Twoje.
Starzec słuchał.
— Przyjdź Królestwo Twoje.
Starzec wyciągnął drżące, wychudłe ręce ku niebu i, podnosząc nieruchome źrenice, zaszłe w tej chwili wilgocią, ku słońcu, którego nie mógł widzieć, powtarzał ze wzruszeniem:
— Przyjdź Królestwo Twoje, przyjdź Królestwo Twoje!
XXI
Wzruszającą prawdziwie była miłość i troskliwość, jaką wnuki otaczały swego dziadka, pana pułkownika. Jeżeli ten człowiek długie lata niegdyś wycierpiał w tęsknocie i osamotnieniu, to teraz schyłek życia upływał mu pod tchnieniem serdecznego ciepła rodzinnego. Jedna z wnuczek, najwięcej mu ulubiona, mieszkała przy nim ciągle, a syn, synowa i reszta wnuków przyjeżdżali go często odwiedzać.
Gospodarstwo kobiece i domowe dużo czasu zajmowało Wandzie, ale mimo to potrafiła się tak urządzać, że jeżeli tylko dziadek nie spał — a sypiał po kilka godzin dziennie — była zawsze przy nim, gotowa, czy go prowadzić do pokoju, czy mu coś przeczytać, czy słuchać jego opowiadań o dawnych czasach. Mając ciągle na usługi młode oczy, starzec nie czuł tak boleśnie swego kalectwa. Wszystko, cokolwiek bądź dziadek jadł, musiało być przyrządzone ręką Wandy. Ona mu gotowała co dzień polewkę z wina, ona do niej piekła grzanki, ona odgadywała jego myśli i uprzedzała życzenia; ona była dobrym duchem, baczącym na każdy ruch starca, i czuwała nad nim bezustannie niby matka nad dzieckiem.