Gdy po śniadaniu pokazywała Helence swoje gospodarstwo, ta widząc ogrom i różnorodność jej prac, nie taiła swego zdziwienia i zadała jej pytanie, jakim cudem znajduje czas na to wszystko.

— O, to nie tak trudno, jak się z pozoru zdaje — rzekła z uśmiechem — cała tajemnica w tym, żeby sobie zajęcia odpowiednio rozłożyć i na każde właściwą porę naznaczyć. Gdy się to raz urządzi i porządku w zajęciach regularnie przestrzega, idzie już wszystko jak z płatka. Gospodaruję tak już od lat wielu, więc pojmie pani, że miałam czas wprawić się i wypróbować wszystkie kółka mojej machiny gospodarczej. Idzie też u nas wszystko jak w zegarku, a ja od czasu do czasu tylko potrzebuję pokręcić jakąś śrubkę.

— Czy to pani nie męczy?

— Nie; przywykłam do tych zajęć, wypełniających moje życie, i gdy one z konieczności przerwać się muszą, w czasie dni świątecznych na przykład, męczy mnie odpoczynek dający mi sposobność zostawania sam na sam z moimi myślami i wspomnieniami. Tęsknię wówczas do pracy jak do anioła dobrego, niosącego mi spokój i pociechę. A gdy nadejdzie lato i z nim zbieranie, suszenie i smażenie owoców, gdy będąc w ciągłym ruchu nie mam ani chwili czasu na odpoczynek, wówczas czuję się najszczęśliwszą i błogosławię pracę.

Helenka patrzyła na nią z uwielbieniem, ale nie dziwiła się temu, co słyszała. Rozumiała już tych łudzi, którzy z początku wydawali się rodziną dziwacznych oryginałów. Zrozumiała ich od chwili, gdy sama uwierzyła w świętość źródła, z którego czerpali swą silę. Oni, co z początku pobudzali ją do śmiechu, byli teraz w jej oczach niemal olbrzymami ze swoją surowością zasad, z ideą ciągle przytomną ich myśli, ze świadomością swoich celów i wytrwałością, z jaką do nich dążyli. Ten ojciec, zdobywający majątek własną pracą i pracujący dalej niezmordowanie; ta matka, hartująca swoje dzieci i wychowująca je po spartańsku; ten syn nieelegancki, ale zacny i rozumny, a tak inny od tych, co jej we fraku i jasnych rękawiczkach prawili komplementy; ten starzec wierzący niezachwianie w lepszą przyszłość; ta kobieta nareszcie z zakrwawionym, ale nie złamanym sercem, szukająca spokoju w pracy, znosząca swój los pogodnie i bez skargi...

— Pan Andrzej mówił mi, że pani wiele cierpiała — szepnęła nieśmiało.

— Tak — odpowiedziała — ale czyż dlatego, że cierpiałam, mniejsze ciążą na mnie obowiązki społeczne i obywatelskie? Cierpienie nie wyjmuje ludzi spod ogólnych praw życia ani ich z obowiązków nie zwalnia. Każdy z nas, bez względu na to, czy jest szczęśliwy lub nieszczęśliwy, powinien oddać społeczeństwu, co wziął z niego, a któż z nas nie jest jego dłużnikiem? Któż od urodzenia nie korzystał z jego zdobyczy i skarbów? Bóg, który zażąda od nas rachunku z żywota, nie będzie nas pytał, ileśmy cierpieli, ale w jaki sposób; nie sztuka cierpieć wiele, ale sztuka umieć cierpienie znosić. Mój ból jest dla mnie, nie dla innych, po cóż ma więc od niego padać ponury cień na moje otoczenie? Wreszcie, czy to ja jedna tylko cierpię? Cierpią miliony ciągle, na wszystkie strony i nie od dzisiaj dopiero. Odkąd życie istnieje na ziemi, odtąd datuje też i cierpienie; jest ono stare jak świat. Miliardy ludzi cierpiały, zapadały w wieczność i nie zatrzymały świata w swoim biegu — mamże ja zatrzymywać i niepokoić myśli otaczających mnie swoją osobą? Po co? Nie odstanie się już i tak, co się stało. Są nieszczęśliwsi ode mnie. Zżyłam się już z moim cierpieniem i dobrze mi z nim jest; przyszłam nawet do przekonania, że to, co się stało, stało się dobrze. Potrzeba było życia jednego szlachetnego człowieka dla ogólnej sprawy i Bóg je wziął.

— Ach — zawołała Helenka przejęta do głębi — jacy wy wszyscy jesteście wielcy, jak szlachetni! Nie rozumiałam was długo, ale rozumiem teraz. Dziadek wasz, choć niewidomy, zdjął bielmo z moich oczu. Zrozumiałam wasze pobudki i serce moje, co dotąd od was stroniło umyślnie, rwie się do was. Teraz już nie ma różnicy między naszymi myślami i uczuciami. Przyjmijcie mnie do waszego grona jak swoją.

— Z całego serca — odpowiedziała Wanda i przytuliła ją serdecznie do piersi. — Andrzeju — rzekła zwracając się do nadchodzącego brata — przybyła nam jedna siostrzyczka!

Oczy jego żywą zajaśniały radością.