— Doprawdy! — zawołał — serdecznie się z tego cieszę. Przewidywałem ja, że to kiedyś nastąpi, ale nie wiedziałem, że dziś właśnie. Chceszże mnie pani, panno Heleno, uważać odtąd za brata? Chceszże mi zaufać i podać rękę, której mi niegdyś podać nie chciałaś?
— O, chętnie! Powiedziałeś mi pan, panie Andrzeju, wiele prawd gorzkich, a choć uczyniłeś to może w sposób nazbyt szorstki, miałeś słuszność...
— Jeżeli panią zraniłem nieraz mimowolnie, przebacz mi to przez wzgląd na intencje, jakie miałem. Jestem szorstki, to prawda, ale kto mi zaufał, nie żałował jeszcze tego. Weź mnie pani za przyjaciela takim, jakim jestem.
Za całą odpowiedź złożyła swoje małe, delikatne rączki w jego duże, żylaste dłonie. Andrzej uścisnął je serdecznie. Przy tym sojuszu rąk oczy przez chwilę spoczęły wzajem na sobie — i chociaż to chwila była krótka, Helenka miała czas zauważyć, że w siwych tych oczach, choć nie pięknych, była głębokość, ogień i słodycz zarazem, i doznała uczucia dziwnej radości i dumy na myśl, że posiada jego przyjaźń.
— Kochana Wandziu — powiedział z uśmiechem do siostry — biorę cię za świadka umowy zawartej między nami.
— Kiedyście się pogodzili, moi drodzy — odpowiedziała — to mogę zostawić was samych bez obawy, że się pokłócicie. Idę do dziadka.
— Przyszedłem tu z zamiarem oddania pani listu — rzekł, gdy odeszła — oto jest.
Helenka rozdarła kopertę i szybko przebiegła oczami treść pisma, a twarz jej przy tym śmiertelnie pobladła.
— Czy jakie złe wieści? — zapytał Andrzej, który jej z oka nie spuszczał.
— Bardzo złe — odpowiedziała głosem zmienionym i, zawahawszy się chwilę, podała mu pismo.