Andrzej czytał:

Moje najdroższe dziecko! Okropne spotkało nas nieszczęście; Ofman chce nas zlicytować. Wystaw sobie, że Tecki pożyczył od niego pieniędzy na poręczenie ojca, jeszcze dwa lata temu, a ja nic o tym nie wiedziałam. Ojciec zawsze źle robi, ile razy się z czym ukryje przede mną. Termin trzy miesiące temu upłynął, a że Tecki pieniędzy nie oddawał, więc Ofman porwał ojca, żeby za niego zapłacił — że zaś ojciec zapłacić nie ma czym, więc nas zlicytuje. Nie wiedziałam nic o tym wszystkim, bo chociaż różne papiery urzędowe przychodziły, ojciec chował je zaraz do biurka, a ja nie przypuszczałam nic złego, tylko myślałam, że idzie o podatki. Dowiedziałam się dopiero wtenczas, kiedy komisarz sądowy przyszedł spisywać nasze rzeczy i pieczętować je. O mój Boże! mój Boże! Co ten człowiek nam swoją nieopatrznością narobił! Zostaniemy nędzarzami bez dachu i bez chleba!... A mówiłam, ostrzegałam, nic nie pomogło! Tyle razy ojciec się przekonał, że jak tylko mnie nie słucha, zawsze źle na tym wyjdzie. Co to ludzie powiedzą! Ach, czemuż dożyłam tej chwili! Może też Bóg da, że umrę, zanim ujrzę nasze rzeczy wynoszone na rynek przez tych okropnych ludzi u mundurach... Jestem coraz bardziej chora i tak źle wyglądam, że trudno mnie poznać. Co dzień miewam ataki nerwowe. Doktór kazał mi pić ekstrakt słodowy na wzmocnienie, ale niestety, za drogie to dziś dla mnie lekarstwo i jeszcze by je trzeba aż z Warszawy sprowadzać. Biedny ojciec bardzo się martwi, nic nie je i nic prawie nie mówi, aż się boję o niego. Zapisał mu doktór lekarstwo, ale go nie chce zażywać. Ach! Czegośmy się doczekali, czegośmy się doczekali! Co my teraz poczniemy? Mówię ojcu, żeby się udał do stryja Bartłomieja, ale ojciec nie chce: powiada, że on sam powinien się tego domyślić. Licytacja ma się odbyć za tydzień. Ten nędznik Ofman jest nieubłagany; prosiłam go, żeby termin jeszcze na jakiś czas odłożył, ale nie chce nawet słuchać o tym. Takem się wydarła z czepków, że nie mam co na głowę włożyć, aż mnie wstyd bierze, a o kupieniu sobie nowego nawet myśleć nie mogę.

Andrzej doznawał różnych uczuć przy czytaniu tego listu: współczucia, litości, zdziwienia, gniewu — ale nic z tych uczuć na zewnątrz nie okazał. Włożył list do koperty i oddał go Helence.

— Co pani zamierzasz uczynić?

— Muszę tam jechać — odpowiedziała — nie mogę zostawić rodziców samych i bez opieki w tak ciężkich okolicznościach. Jak oni to zniosą?

Dwie wielkie łzy stoczyły jej się po twarzy.

— Okazuję się słaba, nieprawdaż? — mówiła, szybko je ocierając. — Nie umiem cierpieć tak po bohatersku jak wy wszyscy... Gdyby o mnie samą tylko chodziło, zdaje mi się, że nie płakałabym; ale gdy pomyślę, że moi rodzice mają utracić całe swe, bardzo już teraz szczupłe mienie, serce mi pęka. Moja matka jest bardzo słaba i delikatna, panie Andrzeju; mój ojciec stary i znękany...

Nowe łzy trysnęły spod jej powiek.

— Masz mnie pani za człowieka bardzo twardego — rzekł serdecznie — skoro przypuszczasz, że łzy będące dowodem siły uczucia, wezmę za słabość... Nie, panno Heleno, nie potrzebujesz przede mną wstydzić się łez twoich; rozumiem je. Wypłacz pani swój żal swobodnie, ja odejdę; a gdy pierwsza gorycz bólu spłynie ci z serca i odzyskasz spokój, pomówimy o tej sprawie.

— Nie, nie — rzekła stanowczo, wstrzymując gwałtownie łzy — nie wolno mi tracić czasu na łzach bezużytecznych, bo nie mam go wiele do stracenia: mówmy o tym zaraz. Radź mi pan, co mam czynić, żeby ojca ratować!