Sala wypróżniła się powoli z podróżnych, pociąg ruszył dalej, a ci, co mieli jechać bocznymi drogami, rozjechali się także. Dym tytoniowy, pozostały po pasażerach, wytworzył atmosferę duszną i ciężką. Wstała więc i przeszła na drugą stronę dworca, chcąc odetchnąć trochę świeżym powietrzem i wyprostować nogi przechadzką po szosie. Przed samymi drzwiami dworca stał piękny, otwarty powóz zaprzężony we dwa siwe konie, ubrane w nowe, angielskie szory. Woźnica w granatowej liberii siedział na koźle i raz po raz spoglądał na drzwi, jak gdyby kogoś oczekiwał. Helenka, namiętnie lubiąca konie i mająca nawet pewne wyobrażenie o rasach, z upodobaniem przypatrywała się przez chwilę temu zaprzęgowi i machinalnie prawie spytała:

— Czyje to konie?

— Pana Teckiego z Komnat, proszę wielmożnej pani — powiedział woźnica uchylając czapki.

Helenka na dźwięk tego nazwiska doznała wstrząśnienia jakby od iskry elektrycznej.

— Gdzie jest twój pan? — spytała głosem, którego brzmienie było suche i ostre.

— Mój pan w domu, a ja tu przyjechałem po jedną panią z Warszawy. Ale stoję i stoję i nikogo nie widać; widno już dzisiaj nie przyjedzie. A może to wielmożna pani jest ta pani, co miała do nas przyjechać? Bo ja już chodził i szukał, i pytał się i żadnej innej pani tam nie ma.

Słowa woźnicy nasunęły Helence myśl, która w jednej chwili stała się zamiarem. Spojrzała na drogę, gdzie przed chwilą stały jeszcze dwie bryczki, teraz już pustą, na zegarek, zeszła szybko ze schodów i wsiadła do powozu, rzuciwszy woźnicy jedno tylko słowo:

— Jedź!

— A rzeczy, proszę wielmożnej pani, czy się nie odbiorą dzisiaj?

— Nie — odpowiedziała lakonicznie — jedź a śpiesz się!