Teraz dopiero przypomniała sobie Helenka, że od śniadania nic w ustach nie miała, i uczuła coś na kształt głodu. Wyjęła z worka paczkę, daną jej przez Wandę przy wyjeżdzie, i rozwinęła ją; znalazła dwie kuropatwy pieczone, buteleczkę wina, chleb wiejski i kilka pomarańcz. Kuropatwy były ulubionym przysmakiem pani Oreckiej, toteż Helenka wiedząc, że teraz matka rzadko je jadać może, postanowiła zawieźć je do domu w całości. Po namyśle schowała także do worka wino i pomarańcze, zadowoliwszy się zupełnie dwoma kawałkami chleba, nasmarowanego wybornym, świeżym masłem — i szklanką gorącej herbaty.
Deszcz zaczął padać, gdy ruszyli w dalszą drogę. Zjeżdżali powoli w niziny przerznięte rzeką spławną i nawiedzane od czasu do czasu mniejszymi i większymi wylewami. Helenka, patrząca machinalnie przed siebie, widziała najprzód wąskie białe paseczki wody pomiędzy bruzdami świeżo zoranego pola, potem rowy pełne po obu stronach drogi, potem całe szeregi większych i mniejszych jezior i stawów, rozlewające się po polach i łąkach. Po drodze tu i ówdzie spotykali gromadki ludzi rozmawiających z sobą i widocznie zafrasowanych.
„Rzeka wylała — rzekła do siebie Helenka, zaniepokojona tymi wszystkimi symptomatami, myśląc o domu rodziców, stojącym także nad wodą, i obawa o nich zatrwożyła jej serce. Bulwark63 wprawdzie bronił go od wody, ale od roku zepsuty był w kilku miejscach, a ojciec nie kazał go naprawiać.
W miejscu gdzie droga do M. schodziła się z drogą wiodącą do miasta gubernialnego, na zakręcie mijał ich konny posłaniec, ale Rataj, spojrzawszy mu w twarz, zawołał na niego:
— A to gdzie?
— Do was z listem.
— A bo stało się co?
— Stary pan umarł...
— Kiedy?
— Wczoraj.