Ale i to poselstwo wróciło z niczym po upływie kwadransa: pisarz, zdając sprawę swemu panu, powiedział, że spotkał tę panią już za wsią jadącą wozem Wojciecha Rataja, że kazała panu Teckiemu podziękować i nie dodała ani słowa więcej. Tecki słuchając tego, poczerwieniał.
— A to harda dziewczyna! — mruknął do siebie — czy ona chce, żebym ją po rękach całował, czy co? Nie, to nie! Niech spróbuje, jak to przyjemnie siedzić na wozie bez resorów! Ale zuch, jak Boga kocham, zuch! Kto by się spodziewał, że ten niedołęga Marcin ma taką córkę. Widziałem ją przecież na balu u Bartłomieja i nie wyglądała na to, czym jest: myślałem, że taka sama lalka jak wszystkie.
XXIII
Furmanka Wojciecha Rataja nie należała do najgorszych: wóz był mocny, drabiniasty, we dwa półkoszki — a na siedzenie Rataj nie żałował słomy i okrył je derką we dwoje złożoną, sam usiadłszy na worku z obrokiem. Jeden tylko koń ciągnął ten ekwipaż, ale wyglądał nieźle i szedł raźno, nie zważając ani na doły i wyboje, których było niemało, ani na kamienie, których też nie brakowało. Wóz podskakiwał ustawicznie, mijając zwycięsko i przebojem wszystkie przeszkody, a Helenka musiała się trzymać ręką kłonicy, żeby nie wylecieć. Od wschodu zerwał się wiatr i wiał jej prosto w oczy, smagając twarz ostrym swoim dotknięciem. Na niebie zaczęły się zbierać chmury, ptaki latały nisko nad ziemią, a w powietrzu czuć było niepokój. Powóz byłby ją przynajmniej trochę od wiatru osłonił, ale wolała narazić się na wszelkie niewygody, na zziębnięcie i przemoknięcie nawet niż przyjąć grzeczność od człowieka, po którego zachowaniu się widziała, że miał złą wolę względem jej ojca i że mógłby nie dopuścić jego ruiny, gdyby chciał tylko. Ale nie chciał tego uczynić.
Zrazu w duszy jej panowało straszne wzburzenie, ale, pamiętna słów Andrzeja, zapanowała nad nim wielkim wysiłkiem woli. Zaczęła na nowo rozważać położenie i powiedziała sobie ze smutkiem, że na próżno strawiła czas i pieniądze na furmankę, bo sprawy nie posunęła wcale, a ubyła jej nadzieja, którą poddał jej sam Andrzej i która ją podtrzymywała dotąd. Ale czy istotnie krok ten był stracony? Czy ta strata nadziei nie była zbawiennym pozbyciem się złudzenia? Straciła czas i pieniądze, ale zyskała jedno więcej doświadczenie — tak przynajmniej powiedziałby Andrzej i dodałby jeszcze, że charakter nabierze przez to siły.
Gorzki uśmiech przewinął się po jej ustach.
Wiedziała już teraz, że nie może liczyć na dobrą wolę Teckicgo; czy jednak nie ma sposobu zmuszenia tego człowieka, żeby oddał, co winien? Ale jak go zmusić do tego, jak? Była pewna, że kłamał, ale nie mogła mu dowieść kłamstwa... Należałoby się dowiedzieć, jakie gdzie posiadał fundusze, i takie dopiero dowody stawiwszy mu przed oczy, domagać się zwrotu pieniędzy. Jak zebrać te wiadomości? Gdzie ich szukać? u kogo? Na wszystkie te pytania nie było odpowiedzi. Przyszłość przedstawiała jej się jako zagadka, której nie umiała, nie była w stanie rozwiązać — a jednak powinna była nie tylko szukać tego rozwiązania, ale je znaleźć nie czekając na żaden traf szczęśliwy, mogący jej rozwiązanie dać w ręce. Nie było na to czasu. „Licz, pani, na siebie tylko” — mówił Andrzej. Mój Boże! Tylko na siebie... a ona czuła się tak słaba wobec trudnego zadania, jakie podjęła, a rozmowa z Teckim zmęczyła ją śmiertelnie, choć to dopiero początek jej działania! Cóż będzie dalej! A tu znikąd, w którąkolwiek stronę zwróciła myśl, nie mogła spodziewać się pomocy...
— „Licz, pani, na siebie tylko” — powtórzyła machinalnie i westchnęła. — O Boże! — szepnęła podnosząc wzrok ku niebu. — Ty mi dopomóż! Bo jeśli Ty nas nie wyratujesz, jeżeli nie uczynisz cudu, to nikt...
Ale przypomniały jej się znowu słowa: „Bóg pomaga tym tylko, co sami sobie pomagają. Nie powinniśmy żądać od Niego, żeby odrabiał za nas robotę, a sami ręce opuszczali leniwie” — i zadumała się, po czym prosiła Boga już nie o ratunek cudowny, ale o rozum potrzebny do działania i o siłę, której nie miała, a potrzebowała tak bardzo! Tecki powiedział, że kobiety mieszają się do interesów, których nie rozumieją. Może miał słuszność... Przede wszystkim powinna się starać dobrze zrozumieć interes — a to mogło nastąpić tylko w domu.
Przybywszy na stację kolei, Helenka dowiedziała się, że kurierka odeszła już przed godziną. Zmartwiona tym bardzo weszła w układy z furmanem, żeby ją odwiózł aż do domu; a on też nie był od tego, tylko położył za warunek, żeby koń trochę podjadł i wypoczął. Szczupłe jej fundusze nie pozwalały na wynajęcie droższej furmanki.