— A ojciec czy nie kołatał na niego?
— Ojciec powiada, że gdyby Tecki miał pieniądze, toby je oddał z pewnością, bo nie jest złym człowiekiem. To doprawdy zwariować można! Więc ja powiadam: „Bój się Boga, Marcinie, co my poczniemy, gdy Ofman nam wszystko zabierze? ” A ojciec na to: „Zobaczysz, że nas Pan Bóg nie opuści”... Piękna mi pociecha!
Pan Marcin w milczeniu patrzył na swoją żonę siedzącą w nowym czepeczku i bębnił swojego marsza na talerzu.
— Ojciec ma słuszność, mateczko. Pan Bóg nie opuszcza nikogo, ale pozwala, a nawet każe się bronić przeciwko gwałtom, krzywdom i niesprawiedliwości.
Pan Marcin zwrócił na córkę wzrok, w którym widać było, że jej nie rozumiał. Ale Helenka nie chciała jeszcze teraz wyraźniej się tłumaczyć. Spojrzała na psa, z apetytem uprzątającego talerz z resztek kuropatwy, i rzekła wyciągając do niego rękę:
— A ty, mój stary przyjacielu, co mi powiesz? Wychudłeś także...
Pies położył łeb na jej kolanach i patrzył jej w oczy przywiązanym, rozumnym wzrokiem, a pan Marcin ożywiając się powiedział:
— Ach, żebyś ty wiedziała, jak on nie cierpi Ofmana! Kiedy powiadam ci, że jak tylko Niemiec się pokaże, tak pies zaraz warczy, a raz nawet rzucił się na niego i połę mu u kaftana rozerwał. Toteż nie może na niego patrzeć i woła z daleka:
„Panie Orecki, niech pan zawoła do siebie ten brzydki pies! ”
Dobre, poczciwe psisko! — mówił głaskając go.