— Mamy teraz ważniejsze potrzeby nad trzymanie się ścisłe żurnalów. Mój stary kapelusz i moje wąskie suknie muszą mi służyć do końca.

Matka załamała ręce.

— Mój Boże! Więc ty, moje biedne dziecko, nawet tyle nie zarabiasz, żeby ci to wystarczyło na przyzwoite pokazywanie się ludziom? Z takim rozumem, takim ukształceniem jak twoje!... Ależ on jest zupełnie niemożliwy ten twój kapelusz; powinnaś sobie koniecznie kupić inny. Kobieta nie może się tak opuszczać. Alboż to tak wielki wydatek? Oszczędzeniem kilku rubli nic nie zbudujesz.

— Wielkie sumy z takich właśnie małych wydatków rosną — odrzekła córka i, patrząc w oczy matki, spytała ze słodyczą: — Czy to suknia jest miarą wartości człowieka, mateczko? Czy ja jestem mniej godna kochania teraz niż dawniej, gdy byłam zawsze ubrana podług żurnalu?

Pani Orecka rozrzewniła się.

— Ty, moje dziecko, byłaś zawsze i jesteś godną kochania — mówiła ściskając ją — ale skąd się w tobie to wszystko wzięło. Już ja widzę, że ty za mąż nie pójdziesz! Zrobiłaś się zanadto poważna, a mężczyźni tego nie lubią. Gdzież to jest twój łańcuszek od zegarka?

— Dałam go do sporządzenia, rozerwał mi się.

— A bransoletka porte-bonheur77, coś ją dostała od ojca na imieniny, ta z brylantową gwiazdką? Miałaś ją zawsze nosić.

— Także w sporządzeniu; wyleciał z niej jeden kamyczek.

— Dziwna rzecz, że ci się tak wszystko naraz popsuło! Ty coś kryjesz przede mną, Helciu.