— Dziękuję stryjowi za jego dobre chęci — rzekła całując go w rękę — ale wątpię, czy się to da zrobić. Teraz już muszę jechać. Gdzie jest stryjenka? Chciałam się z nią przywitać i pożegnać!
— Co, pożegnać? Ależ zostań się dziś u nas, robaczku, i przenocuj; jutro odjedziesz.
— Nie mogę, stryju, muszę się śpieszyć do rodziców, oni tam sami i bardzo, bardzo znękani.
— No, to chociaż zjedz z nami obiad. Ale co ty wyrabiasz, dziewczyno! Dostałaś się podobno za pannę sklepową u jakiegoś kupca, prawda to? Strasznie się emancypujesz?
— Prawda, mój stryju. Nie chciałam dłużej znieść próżniaczego życia w domu i wzięłam się do pracy.
— I cóż tam sprzedajesz? pieprz?
— Nie, mój stryju, ja nic nie sprzedaję, tylko piszę rachunki, a także ważę i pakuję nasiona.
— To wszystko jedno. Dałabyś temu spokój, to nie szlachecka rzecz. Wiesz, co ci powiem? Jesteś ładna dziewczyna i możesz iść dobrze za mąż. Nie jedź już do Warszawy, a daję słowo honoru, że cię wkrótce wyswatam... i skończą się wszystkie wasze kłopoty.
— Nie jestem towarem do sprzedania, mój stryju — odrzekła z mocnym rumieńcem Helenka.
Pan Bartłomiej wpatrzył się bystro w siostrzenicę.