— Hm, hm, niemiła księdzu ofiara... Co się z tą dziewczyną zrobiło, co się z nią zrobiło! — powtórzył kilkakrotnie.
Przyszła stryjenka i siostry, chciały Helenkę koniecznie zatrzymać, ale nie dała się uprosić. Kazano więc zaprząc do powozu i odesłano ją.
— Co się z tą dziewczyną zrobiło! — powtórzył raz jeszcze pan Bartłomiej, patrząc za nią przez okno. — Ale podoba mi się, ma charakter, o ma!
Pierwszym przedmiotem, jaki Helenkę powracającą do domu uderzył, była stojąca na dziedzińcu bryczka, zaprzężona pocztowymi końmi. Pomyślała sobie, że pewnie ojciec powrócił od Dońskiego, ale mimo to ogarnęło ją jakieś niedobre przeczucie. W sypialnym pokoju zastała oboje rodziców. Ojciec nie rozebrany z płaszcza podróżnego siedział na krześle, z twarzą znękaną, a matka stała przy nim zapłakana.
— Wystaw sobie, Helciu — rzekła do córki po przywitaniu — że ojciec jeździł do Dońskiego upominać się o te pięćset rubli, co to wiesz. Doński miał gości u siebie, siedzieli przy stolikach i grali w karty. Otóż gdy ojciec przyjechał i powiedział mu po co, ten wziął ojca na bok i z najlepszą miną powiada: „Zminęliśmy się widać z sobą w drodze, kochany panie Marcinie; ja właśnie jeździłem do miasta, żeby panu oddać te pieniądze, ale, nie zastawszy pana w domu, oddałem je żonie pańskiej. Siedziała właśnie w ogrodzie i siała jakieś kwiatki”. Tak ojciec się go pyta: „A jakże się panu ogród podobał, ładny?” „A ładny, bardzo ładny”. Ojciec przyjeżdża i mówi mi to, a ja ani Dońskiego, ani żadnych pieniędzy nie widziałam, ani nawet w ogrodzie dziś nie byłam. Jezus Maria, myślę sobie, może on się widział z kim innym i komu innemu zamiast mnie oddał, chociaż to nie powinno się było zdarzyć, bo mnie zna przecież dobrze. Więc mówię do ojca: „Na miłość Boską, Marcinie, wracaj natychmiast do Dońskiego i dowiedz się, co się stało z pieniędzmi!” Ojciec też tak zrobił, pojechał i zastał jeszcze tych samych gości przy kartach. Doński, jak tylko ojca powracającego zobaczył, tak wstał zaraz i wyszedł naprzeciw niego do sieni. Ale opowiadaj ty sam, Marcinie!
— Wyszedł naprzeciw mnie trochę zmieszany, zaczął mnie ściskać za ręce i przepraszać mówiąc: „Wybacz, kochany panie Marcinie! Nie miałem pieniędzy, a nie wiedziałem już, jak się panu wytłumaczyć, więc tak tylko powiedziałem... Wybacz mi, pan, wybacz! Nie przypuszczałem, że się będziesz drugi raz fatygował! ”
Helenka słuchała tego opowiadania z zaciśniętymi ustami: pierś jej wrzała gniewem i oburzeniem.
— Zakpił sobie z ojca — mówiła z uniesieniem pani Orecka — nie tylko że nie oddał pieniędzy, ale ośmieszył go i jeszcze miał czoło prosić ojca, żeby został u niego na kolacji. A łotr!
Pan Marcin siedział zgnębiony i przybity; biedna jego siwa głowa pochylona była nisko na piersi. Helenka objęła po macierzyńsku tę skołataną głowę, która tak bolesne zniosła upokorzenie, i ucałowała gorąco.
— Czy daleko do Maciejowa? — spytała po chwili.