Helenka stała w środkowym pokoju między tym, w którym znajdowała się matka, i tym, w którym modlił się ojciec; twarz jej spokojna na pozór, była blada bardzo, a usta boleśnie zaciśnięte. Czyniła z sobą obrachunek i pytała się swego sumienia, czy uczyniła wszystko, co mogła i co była powinna, dla uratowania rodziców.

Coś ciepłego dotknęło jej ręki: był to łeb poczciwego wyżła, który z wielkim zdumieniem patrzał, jak obcy ludzie wynosili z domu sprzęty jego państwa, a jemu nawet szczekać na nich nie było wolno. Myślał sobie widać, że świat idzie na opak, a że mu się to nie podobało, więc trącił swoją młoda panią, jakby prosząc, żeby mu to wytłumaczyła. Helenka przesunęła pieszczotliwie rękę po jego miękkim grzbiecie.

— Widzisz, stary przyjacielu, widzisz, czegośmy się doczekali — przemówiła smutnie — bardzo jesteśmy biedni, bardzo.

Pies szczeknął żałośnie, jak gdyby ją rozumiał, i jednocześnie nadstawił bystro uszu, bo słychać było głos trąbki pocztowej, i jakaś bryczka zajechała na dziedziniec.

„Kto to może być? Pewnie ktoś ze znajomych przyjechał” — rzekła do siebie Helenka, ale nie wyszła na powitanie. Tak była strapiona, że nie miała siły przymuszać się do obowiązków gościnności.

Drzwi się otworzyły i wszedł Andrzej, Helenka wydała okrzyk zadziwienia.

— Pan tutaj! — zawołała — tu, w naszym domu? Cóż się stało? Czy wypadł panu interes w tych stronach?

— Tak, pani — odpowiedział — interes mi wypadł ważny. Naradziwszy się z ojcem, osądziliśmy, że po obliczeniu pieniędzy osiągniętych z licytacji ruchomości, pani sama możesz sumę brakującą zapłacić.

— Ja?

— Nie inaczej. Nasz zakład otwiera pani kredyt do wysokości pięciuset rubli, które pani następnie pensją swoją spłacisz. Ojciec twierdzi, że charakter pani daje dostateczną gwarancję bezpieczeństwa tej sumy, i ja jestem tego samego zdania, dała się już bowiem pani poznać z pracy nieleniwej i wytrwałej. List pani, opisujący wszystkie starania i wysilenia, otrzymaliśmy dopiero wczoraj. Wkrótce po jego odebraniu wyjechałem z domu.