Dziewczyna stała jak wryta.
— Czyż to może być prawdą? — wyszeptała blednąc jeszcze bardziej ze wzruszenia. Niespodziana pomoc w chwili, gdy już była bliska rozpaczy, obezwładniła ją prawie. Nie śmiała wierzyć, że to rzeczywistość, nie sen, i że dom zostanie w rękach rodziców.
— To jest prawdą, panno Heleno — odpowiedział patrząc ze współczuciem w twarz dziewczęcia, na której tydzień przebyty zostawił swoje ślady.
Helenka jeszcze stała nieruchoma. Ileż szlachetności było w tej propozycji, jaka delikatność w ofiarowaniu pożyczki. Jej samej zostawiono ratowanie rodziców, nie chcąc przyznawać sobie ani odrobiny zasługi... I na to zdobyli się ludzie, którzy wszystko robili po kupiecku, ludzie, których niegdyś posądzała, że w sercu zamiast uczucia mają cyfry!... Bądź co bądź jednak robili jej łaskę, a łaska zawsze upokarza...
Andrzej musiał te myśli wyczytać w jej twarzy, bo powiedział:
— Nie wyświadczamy pani żadnej łaski, ale robimy prosty interes, tak dobry, jak każdy inny. Sumy, którą przywiozłem, nie damy pani bez procentu. Zapłaci nam pani po cztery od sta na rok.
Helence łzy w oczach stanęły. Nawet tę drażliwość przewidziano, uszanowano i usunięto. Ci szorstcy ludzie znali najsubtelniejsze odcienie uczuć.
— Ach! — szepnęła — jacyż wy dobrzy jesteście! Zaledwie wierzyć mogę, że pan, dla którego czas jest bardzo drogi, zwłaszcza teraz, w porze najważniejszej dla czynności handlowych i ogrodniczych, chciałeś to zrobić dla mnie... dla rodziców moich — dodała poprawiając się.
— Ale pani nie jesteś dobrą, panno Heleno, bo od kilku minut, jak tu jestem, nie przywitałaś się jeszcze ze mną.
Helenka podała mu obie ręce, nie mówiąc ani słowa, ale w oczach jej Andrzej musiał wyczytać, co mu powiedzieć chciała, bo schylił się i obie ręce, te ręce, które znały już, co jest trud, i zarobiły sobie na cześć jego, do ust przycisnął.